Kategorie: Wszystkie | Wyprawy rowerowe | wyprawy nierowerowe
RSS

Wyprawy rowerowe

środa, 13 czerwca 2012

Uzasadnienia i obawy

Zakwasy dają jeszcze znać o sobie, a bąble po ugryzieniach meszek nie zeszły. Zatem dobry to czas, by napisać relację z wyprawy. A jest o czym pisać. Zresztą najchętniej poprzestałbym na "nie ma co pisać, to trzeba przeżyć, to trzeba zobaczyć" ale jako że nie ma nic nudniejszego niż pisanie o pisaniu/niepisaniu, to zacznę od początku.

 

Przed wyjazdem dopadały mnie różne strachy:

- że dawno nie jeździłem na dłuższe, kilkudniowe wycieczki
- że nie pamiętam już kiedy ostatnio rozbijałem się na dziko i nie wiedziałem gdzie będę spał
- że pogoda będzie zła (przed wyjazdem padało, wiało i było zimno)
- że muszę wymyślić i zaplanować całą trasę, czuwać nad wszystkim, zorganizować dodatkowe sakwy, namiot, narzędzia, łatki etc. i jeszcze zadbać nie tylko o siebie
- że nie dojadę i skompromituję się
Jednak największą moja to, że:
- przyjdzie chłop z widłami pod nasz namiot, rzuci wiązanką mazowieckich przekleństw i wieczorem lub w środku nocy każe się zabierać "bo to jego pole"

 

Uff. Aż mi się zrobiło nieprzyjemnie po tej wyliczance. Generalnie postanowiłem jednak, że jedziemy - cóż, najwyżej wrócimy. Bo zawsze na wyjeździe okazuje się, że jakoś jest, a przeważnie nawet lepiej, niż można się było spodziewać (zwłaszcza jak ktoś miewa wątpliwości, to może się przyjemnie rozczarować).
Dodatkowe sakwy i namiot pożyczyłem od bajkinga, z T. umówiłem się na Dworcu Zachodnim, peronie 8 (jeszcze niedawno, do 31 maja - Warszawa Wola).

W ostatniej chwili udało się zamienić dwie pożyczone prawe sakwy na prawą i lewą - bajking nago zrzucał mi je z balkonu. Z dwiema prawymi nie daje się jechać !



warszawa wola warszawa zachodnia




Trasa i założenia

Zaplanowałem mniej więcej taką trasę:

Nasielsk - Pułtusk - Narew - Długosiodło - nocleg w Puszczy Białej - Brok - Ciechanowiec (nocleg pod Ciechanowcem, nad rz. Nurzec) - Drohiczyn - Grabarka (nocleg gdzieś nad Bugiem) - zwiedzanie Grabarki, powrót pociągiem do Warszawy ze stacji Sycze (może ze zwiedzaniem Siedlec przy przesiadce)

Podzieliłem dystans (na mapie i googlach ok 210 km) na trzy równe części, zostawiając czwarty dzień na ogarnięcie się i powrót. Jednak droga (i życie) zweryfikowały moje założenia, i trasa wyglądała następująco:

Nasielsk - Pułtusk - Narew (nocleg nad Narwią) - Długosiodło - Puszcza Biała - Brok - nocleg nad Bugiem pod Małkinią - Ciechanowiec - Drohiczyn - Osłowo Kolonia (mieliśmy możliwość noclegu u znajomej T.) - Mielnik - Grabarka - Korczew - Siedlce.



Pokaż Nasielsk - Pułtusk - Zambski Kościelne - Długosiodło - Brok - Ciechanowiec - Drohiczyn - Grabarka - Siedlce na większej mapie

 

Czyli właściwie podobnie, z tym że z przesunięciem noclegów + dodatkowym czwartym dniem na rowerze.
Dzięki temu zamiast 210 km wyszło nam około 310 kilometrów. Nie uwzględniłem też nawierzchni (po piachach jedzie się zdecydowanie wolniej lub trzeba nawet prowadzić rower) oraz dynamiki jazdy (co dzień mogliśmy przejechać coraz więcej).

 

Nawigacja, mapy, atlas:

Jestem staroświecki i nie używam GPS-a, wolę mapy i rozpytywanie się o drogę na miejscu. Zakupiłem mapę "Puszcze Biała i Kamieniecka" 1:60 000, zastanawiałem się nad kupnem dodatkowo map 1:100000 WzKart. ale odpuściłem i zamiast tego rozbindowałem atlas samochodowy 1:250000 i wziąłem z sobą kilka odnośnych kartek, co uważam za pomysł świetny, zupełnie wystarczający na przejazd rowerem skądś dokądś, jeśli nie chce się zwiedzać okolicy drzewo po drzewie, pomnik po pomniku. Oczywiście warto mieć dokładną mapę ale niestety nie zawsze da się kupić taką, która obejmie pożądaną trasę, więc jako alternatywa dla "setki" WzKart polecam jakikolwiek atlas samochodowy (skala 1:200000 - 1:250000, najlepiej z zaznaczonymi odległościami w kilometrach) na spirali, z możliwością wyjęcia i włożenia kartek (całego nie opłaca się wieźć bo ciężki). Skala 1:250000 oznacza że 1cm na tej mapie to 2,5 kilometra w rzeczywistości. Całkiem dokładnie. Przed wyjazdem warto też rozejrzeć się w googlemaps (albo zumi), w zdjęciach satelitarnych, bo czasem są jakieś skróty niezaznaczone na mapie. Albo pytać okolicznych mieszkańców.

tak to mniej więcej wyglądało:

mapa atlas puszcze biała i kamieniecka demart

a tak wyglądało pytanie o drogę:

sepia rower pytanie o drogę narew bug kramkowo lipskie

foto: tadora

Sprzęt:

- mój rower: miejsko-trekkingowy na dość cienkich uniwersalnych oponach 28", stalowa rama, siedem biegów w piaście, bez licznika, lampki mactronic na gumkę
- rower T.: damka Giant, bez błotników, bez fajerwerków, szerokie opony 26"
- sakwy crosso dry bag 60 l., crosso chyba 45 l (nie wiem co to za model) ich wodoodporność się przydała
- karimaty, śpiwory
- namiot hi-tec twin 2, ciasny ale ciepły

ogólnie to nie jestem sprzęciarzem, do roweru mam podejście - powiedzmy - bluesowe, i uważam że można jechać na byle czym, byle działał, sprzęt da się pożyczyć, a jechać (dokądkolwiek) zawsze warto

 

Część 2. - Przecieraki, piachy i asfalt

Część 3. - Scenki z życia rowerzystów

Część 4. - Cel-dal


wtorek, 11 października 2011

Może nie ten, może nie poprzedni, może nie następny – ale któryś weekend będzie ostatnim rowerowym weekendem. Oczywiście zachęcamy na blogu do całorocznej aktywności rowerowej ale umówmy się – większość rowerzystów jesienią chowa swoje jednoślady do rowerowni lub piwnicy (o ile ją posiadają).

Dla mnie, jako osoby ciepłolubnej, granicą jest temperatura i słońce. Gdy spada poniżej 18 stopni, a słońce chowa się za chmurami, niechybnie nastaje pora pożegnania z wycieczkami rowerowymi (bo krótkie przejażdżki do parku albo sklepu uskuteczniam i zimą).

Moim ostatnim takim weekendem był 1. i 2. października. Przeczuwając, że ładna pogoda może się skończyć wybrałem się zatem na ostatnią w tym sezonie dłuższą wycieczkę.

Słońce pięknie świeciło, ba – trzeba powiedzieć, że nawet grzało! Spakowałem więc do sakwy krem z filtrem, wodę, mapę Okolice Warszawy i ruszyłem na południe.

 


Pokaż Gocław - Wyspy Zawadowskie - Konstancin - Miasteczko Wilanów - Gocław na większej mapie

Z Gocławia Mostem Siekierkowskim na drugą stronę rzeki, potem Wałem Zawadowskim wzdłuż Wisły.

Trasa jest przyjemna a do wyboru dwie opcje: górą z widokiem na rzekę lub dołem z widokiem na wał i pola (wersja szybka, równa i gładka ale z muldami). Po prawej minąłem składowisko popiołów EC Siekierki, a zaraz po lewej – Rezerwat Wyspy Zawadowskie. Wspaniały widok i wspaniałe miejsce, i to tak niedaleko od centrum miasta! Niski poziom rzeki umożliwiał eksplorację i chodzenie po miejscach zazwyczaj zalanych wodą. Polecam na plenery zdjęciowe oraz dla amatorów fotografii przyrodniczej. Szerzej o rezerwacie pisał swego czasu bajking.

Dalej jechałem cały czas wałem na południe, aż do ujścia Jeziorki. Wzdłuż Jeziorki również jest wał (po obu stronach), którym da się poruszać na rowerze. Można nim dojechać do samego Konstancina – Jeziorny, w pobliże starej papierni.

A w Konstancinie wiadomo – tężnia. Urządziłem tam sobie odpoczynek zdjąwszy buty, czym wzbudziłem konsternację u pobliskich kuracjuszek (bo przecież zimno). Nic sobie z tego jednak nie robiłem, i wdychając solankowy aerozol zaległem pod przyjemnym dębem.

 

Tymczasem dzień jesienny to nie jest długi dzień letni, i po południu słońce już tak nie grzeje (mimo że mocno świeci), i popołudnie wieszczy szybki zachód. Skierowałem się więc już na północ, w stronę Powsina, niebieskim szlakiem rowerowym. Na Kabatach penetrowałem różne pobocza i drogi nieoczywiste - jak widać na mapie. Polecam również kiedyś przejechać się ulicą Nowoursynowską od początku do końca (lub w drugą stronę) – gwarantowane zaskoczenia i urbanistycznie nieoczywistości.

Ja zaś postanowiłem przejechać przez Miasteczko Wilanów, które przyśniło mi się kilka nocy wcześniej. Ciekawy zjazd jednokierunkową ulicą Orszady (kontrapas rowerowy). Realne Miasteczko Wilanów nie różniło się zbytnio od tego onirycznego – może oprócz tego, że prawie wzdłuż każdej ulicy miało ścieżki rowerowe. Jechałem sobie słuchając audycji w Dwójce, poświęconej księdzu Janowi Twardowskiemu, co akurat tyleż pasowało do zewnętrznego anturażu, że duchowny jest pochowany w Świątyni Opatrzności – zresztą wbrew swej ostatniej woli.

Dalej trasa prosta, zahaczyłem o biedronkę (ale nie tę z wierszy księdza Twardowskiego) i dalej prosto, ścieżką rowerową na sam Gocław.

 

Drugi dzień ostatniego takiego weekendu

 

Następnego dnia – w niedzielę – również świeciło słońce i również wybrałem się rowerem na wyścigi konne na Służewcu. Jednak gdy podwinąłem rękawy, chłodny wiatr mroził mi skórę i ścięgna, jazda nie była już tak przyjemna jak jeszcze poprzedniego dnia. Całe szczęście zachowałem w pamięci wyścigowy fartowny dzień w poprzednią niedzielę, a szesnastego października – Wielka Warszawska. Kto wie, może przy ładnej pogodzie wybiorę się tam na rowerze?


Do zobaczenia!

 


poniedziałek, 26 października 2009
poniedziałek, 29 czerwca 2009
W 2007 roku wraz z dwójką przyjaciół Grzegorzem i Agatą zorganizowałem wyprawę przez USA. W ciągu dwóch miesięcy pokonaliśmy na rowerach zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Wyprawa nie mogłaby odbyć się bez wsparcia ze strony naszych sponsorów: Google Polska, Crosso, Demart oraz Polskich Linii Lotniczych "LOT". Wsparcia technicznego udzielał nam również Radosław z Gocławia. A jak było ? Przekonajcie się sami ;)


sobota, 27 czerwca 2009

Dawno, dawno temu, ale nie dawniej jak wczorajszego wieczora, dwóch utytułowanych płetwonurków popełniło gafę, wręcz niewyobrażalną. Z krainy jezior i mokradeł w niecałkiem wiadomy sposób znaleźli się w sercu rzymskokatolickiej Polski - w mieście stołecznym Warszawa. Nikt tak naprawdę nie wie jak to się stało. Po kawiarniach, barach, restauracjach, korkach ulicznych i kolejkach sklepowych wieść stołeczna niesie, że zaprowadził ich tam GPS ze źle określonym punktem 0. Tak czy inaczej trafili na warszawskie Stare Miasto. A jako, że był to ostatni piątek miesiąca czerwca, znaleźli się w tłumie rowerzystów.

- Hmm..To nie wygląda na krainę jezior. To kraina rowerów !

- Ty! Jak Ty żeś nas prowadził ?!? Jak my teraz wyglądamy ???

- Jak dwójka nurków w stogu rowerzystów.

- Ja Ci dam !! i jeszcze się śmiejesz ! Poczekaj! Zrobię kilka zdjęć. Niech no to tylko PZP zobaczy ! Będziesz SKOŃCZONY !!!!

- Tylko jak to się ustawia, żeby fotografię zrobić. No pomóż mi !

- Nie wiem, zarobiony jestem. Daj mi spokój !

- To przynajmniej skołuj jakieś rowery. Wmieszamy się w tłum !

- Może to i nie jest płetwonurkowy raj, ale też jest zajebiście ! Tym razem Ci daruję.

- No to jedziemy !

 

I tak, dzięki zbiegowi okoliczności oraz błędom nawiacyjnym, płetwonurkowie polscy zapoczątkowali pierwszą na świecie rowerową Masę Krytyczną podwodniaków.

KONIEC

W rolach głównych wystąpili Radek i Tomek.

piątek, 19 czerwca 2009

Pierwsza masa krytyczna została zorganizowana w San Francisco w 1992 roku1. Jak podaje oficjalna strona Warszawskiej Masy Krytycznej było to przypadkowe spotkanie 48 rowerzystów, którzy postanowili 25 września 1992 roku pojeździć wspólnie ulicami miasta. Cytując za lokalnym, miejskim serwisem informacyjnym ultramaryna.pl rowerzyści „głosząc hasło „My nie blokujemy ruchu. To my jesteśmy ruchem” zwrócili uwagę mieszkańców metropolii na problemy związane z jazdą rowerową po okolicy zupełnie pozbawionej jakiejkolwiek pomocnej w tym zajęciu infrastruktury oraz ograniczyli dominacje kierowców na drogach”3

Koncepcja organizowania Mas Krytycznych w San Francisco zrodziła się z czysto utylitarnej potrzeby wspólnych powrotów rowerzystów z pracy do domu. W wywiadzie dla radia Tok Fm pan Marcin Myszkowski, jeden z organizatorów Warszawskiej Masy Krytycznej, tak mówi o początkach tej imprezy rowerowej:

„Na początko to się odbywało pod takim hasłem wspólne powroty z pracy do domu. Osoby, które chciały dojeżdżać do pracy na rowerze, ale nie mogły ze względu na to, że w Stanach tam są głównie drogi dla samochodów, autostrady, z przedmieść do centrum miasta, rowerem się bardzo ciężko dojeżdża. Jedyny sposób, żeby dojechać tym rowerem to była wspólna jazda w większej grupie. Pojedynczy rowerzysta jest niewidoczny na drodze, jeśli jest większa grupa jedzie się znacznie łatwiej, bezpieczniej. I w ten sposób to się zaczęło, powstała z tego Masa Krytyczna. I zawsze w ten ostatni piątek miesiąca, na zakończenie miesiąca pracy rowerzyści wspólnie wracali do domu”1

Obecnie Masa Krytyczna w San Francisco jest zjawiskiem cyklicznym i odbywa się w każdy ostatni piątek miesiąca. Rowerzyści spotykają się o godzinie 18.30 na placu Justin Herman Plaza4 by wspólnie rozpocząć jazdę po zatłoczonych ulicach San Francisco.

Autor niniejszej pracy - Radosław Dumania - tak relacjonuje Masę Krytyczną w San Francisco, w której uczestniczył w sierpniu 2007 roku:

„Droga na masę nie była trudna. Ledwo wyszliśmy z Public Library, natknęliśmy się na jadący ulicą strumień rowerzystów. Raczej nie było wątpliwości gdzie i po co zmierzają. Po drodze jeszcze wpadłem kołem w kratkę studzienki (trochę niebezpiecznie, bo tuż przed trolejbusem).

Masa w San Francisco jest inna niż w Warszawie. Ludzie się przebierają, przypinają sobie różne dziwne rzeczy do swoich rowerów, duzo krzyku, tumult i muzyka. A w powietrzu unosi się kojący zapach marihuany. Karnawał i dekadencja. Bardzo punkowy charakter (...)

(...)Ruszyliśmy parę minut po 18.30. Najpierw wspinanie się po ulicach SF, potem zajebiście długi tunel, w którym można było sobie pokrzyczeć do woli.W końcu dojechaliśmy do słynnej krętej ulicy z kwietnikami( ulica Lombard Street – przyp. aut). Parę setek rowerzystów, noc, księżyc nad miastem i zjazd”5

Odmienny charakter imprezy, o którym wspomina autor powyższego wpisu, znajduje swoje potwierdzenie na stronie internetowej Masy Krytycznej San Francisco. Zwrócono tam uwagę na różnorodność mas krytycznych w zależności od miasta, w którym się odbywają:

„Critical Mass has a different flavor from city to city -- there's a big variety in size, respect of traffic laws (or lack thereof), interaction with motorists, and intervention by police”6

cdn.

sobota, 13 czerwca 2009

Na przestrzeni lat 2005 – 2008 średnia ilość rowerzystów uczestniczących w przejazdach Warszawskiej Masy Krytycznej wyniosła 934 osoby. Największą ilość uczestników Warszawska Masa Krytyczna zanotowała w maju 2008 roku (2366 osób). Najmniej osób uczestniczyło w przejeździe zorganizowanym w grudniu 2005 roku (137 rowerzystów)

W 2005 roku średnia ilość osób, które uczestniczyły w przejeździe Warszawskiej Masy Krytycznej wyniosła 980 osób. W 2006 roku na masę krytyczną przyjechało średnio 1018 rowerzystów ( kalkulacja nie obejmuje miesiąca mają, kiedy to Warszawska Masa Krytyczna odbyła się jako przejazd nielegalny ze względu na wizytę Ojca Świętego Benedykta XVI – uczestnicy nie zostali policzeni przez organizatorów przejazdu) W 2007 roku średnia ilość rowerzystów uczestniczących w przejazdach to 909 osób, rok później – 836.

Graficzne zestawienie liczby uczestników Warszawskiej Masy Krytycznej w latach 2005 – 2008 przedstawia wykres poniżej.

cdn.

czwartek, 11 czerwca 2009
sobota, 06 czerwca 2009

Na Warszawską Masę Krytyczną jeźdżę od kilku lat. W tym roku nadszedł czas abym wykorzystał doświadczenia z tego okresu i uwiecznił ten ruch społeczeny w postaci pracy magisterskiej. W zamyśle mam również napisanie książki.

W związku z tym od niedawna prowadzę badania jakościowe wśród uczestników ruchu. Za główną metodę badawczą wybrałem wywiad swobodny. Ma on formę zwykłej rozmowy, w niewielkim stopniu moderowanej przeze mnie.

 

Szukam rowerzystów i rowerzystek, którzy uczestniczą w Warszawskiej Masie Krytycznej i mają ochotę wypowiedzieć się na temat samej Masy, swojego w niej uczestnictwa, problemów rowerzystów w mieście. Z doświadczenia kilku wywiadów które już przeprowadziłem mogę powiedzieć, że sam wywiad zajmuje od 10 do 30 minut - w zależności od tego co i ile rozmówca chce powiedzieć.

 

Zapraszam wszystkich chętnych do udziału w rozmowie. Proszę pisać na adres raddum@o2.pl z dopiskiem MASA. Z góry bardzo Wam wszystkim dziękuję.

Pozdrower ;))

 

sobota, 30 maja 2009

W 2006 roku 62,3 % polskich gospodarstw domowych wyposażonych była w rower. Rok później odsetek ten zwiększył się nieznacznie do 63 procent. Najwięcej rowerów posiadają gospodarstwa rolne (92,1% w 2006 r oraz 91,9 % rok później). Na drugim miejscu plasują się gospodarstwa domowe pracowników (71,4% - 2006r, 71,6% - 2007 r). Gospodarstwa domowe osób pracujących na własny rachunek zanotowały największy przyrost posiadania jednośladów (70,4% w 2006r. względem 71,7% w 2007r.) Interesująca jest sytuacja emerytów i rencistów, w których gospodarstwach domowych spadek liczby rowerów był największy w okresie sprawozdawczym (49,5 % w 2006 roku wobec 48,8 % w 2007 roku) Być może związane jest to z przeniesieniem wydanych przez tę grupę pieniedzy na inne środki transportu. W okresie 2006-2007 wzrósł odsetek posiadających samochody osobowe (29,2% - 2006r, 30,1% - 2007 r.) oraz motocykle i skutery (2,1 % wobec 2,3%)

Polska jest jednym z krajów europejskich o największej ilości wypadków śmiertelnych wśród rowerzystów. W 2006 roku zanotowano 5243 ofiar wypadków drogowych z czego 509 to rowerzyści. Stanowiło to 10 % wszystkich wypadków śmiertelnych na polskich drogach. W naszym regionie Europy wyprzedziły nasz kraj jedynie Węgry. Spośród wszystkich zabitych uczestników ruchu drogowego 12 % stanowili rowerzyści. Za ciekawostkę można uznać, że Węgry (wraz z Finlandią ) są jedynym z krajów gdzie nie obowiązywał zakaz jazdy rowerem po spożyciu alkoholu. W niechlubnej statystyce śmiertelności rowerzystów w ruchu miejskim w roku 2006 prowadziła Holandia – z ogółem 730 ofiar wypadków drogowych 179 to rowerzyści (25%)

W 2007 roku rowerzyści uczestniczyli w 5 258 wypadkach drogowych, w których zginęło 498 z nich , a 4 530 zostało rannych. W opisywanym okresie rowerzyści przyczynili się do spowodowania 2299 wypadków. Najczęstszymi przyczynami po ich stronie było:

  1. nie ustąpienie pierwszeństwa przejazdu - 1 056 wypadków,

  2. nieprawidłowo wykonywany manewr skrętu - 424 wypadki,

  3. nieprawidłowe przejeżdżanie przejść dla pieszych - 123 wypadki.

Największą liczbę wypadków – 321 zanotowano w czerwcu, w wypadkach tych było też najwięcej rannych – 313 osób, a najwięcej osób, bo 35, zginęło w październiku.

niedziela, 17 maja 2009

Warszawa, 16-17 maja 2009, Noc Muzeów. 

środa, 06 maja 2009

Drugiego maja wpadliśmy na pomysł okrążenia Zbiornika Czorsztyńskiego. Pomimo pochmurnej pogody i widma deszczu krążącego nad Pieninami, tuż po śniadaniu ruszyliśmy w drogę.

Niebieskim szlakiem z Czorsztyna wjechaliśmy na Majerz (689 m n.p.m) skąd rozciągał się niezły widok na Zbiornik Czorsztyński, często mylnie nazywany Jeziorem. Majerz jest płaskim, bezleśnym szczytem pokrytym trawą - doskonałym miejscem wypasu owiec. Owce pilnowane są przez psy. Czasem łatwo pomylić. Warto uważać - owce nie gryzą. Psy potrafią.

 

Z Majerzy zjechaliśmy do drogi asfaltowej, z której po kilku minutach ostrego zjazdu skręciliśmy w leśną ścieżkę - miał to być według mapy, gps-u i naszego przewodnika znakomity skrót nad niedziecką zaporę wodną. Ścieżka jednak po kilkudziesięciu metrach wspinaczki doprowadziła nas na niewielką polanę i zniknęła. Nie przejmując się tym, po krótkim odpoczynku, postanowiliśmy nadal podążać według wytycznych magicznej trójki przewodnickiej. Całą naszą ósemką ruszyliśmy w krzaki.

Na szczycie wzgórza okazało się że do ścieżki do której chcieliśmy dotrzeć pozostało nam 50 metrów. 50 metrów stromo w dół. Chyba jedynie 3 letniemu Kubie taki zjazd mógłby odpowiadać. Reszta z nas, z uwagi na nasz "wiek męski - wiek klęski" postanowiła poruszając się granią wzgórza wyznaczyć inną trasę. Udało nam się dotrzeć na kolejną polanę. 

W końcu udało nam się dotrzeć do ścieżki prowadzącej do polejnej polany. Tym razem tej właściwej, zbliżającej nas do pierwszego celu wycieczki - Zamku Niedzieckiego. Jako rzecze Wikipedia, poza wykorzystaniem zamku w serialu tvp "Janosik", wykorzystała go również pewna inkaska królewna chowając w nim informację (zapisaną w węzełkowym języku Kipu) o ukrytym gdzieś w tym rejonie polski legendarnym skarbie Inków. Zainteresowanych legendą ( a może faktem ?) odsyłam do http://www.um.oswiecim.pl/pl_chemik/15_2001/articles/tajemnica.html oraz wyszukiwarki google.pl

 

 Z niedzieckiej tamy doskonale widać obydwa zamki: niedzicki oraz czorsztyński, na którym to od paru miesięcy staram się o posadę strażnika zamku. Jak na razie bez efektu - odpowiedzialność zrzucam na kryzys finansowy.  

W Niedzicy zjedliśmy obiad i ruszyliśmy dalej, ścieżką rowerową, radośnie podźwiękując i pogwizdując na pieszych wchodzących nam w drogę. Raz nawet ustawiliśmy blokadę przed jednym samochodem zaparkowanym na ścieżce.

Dalsza droga wymagała od nas sporej dawki wysiłku i cierpliwości. Zaczął się kilkukilometrowy podjazd. To był również pierwszy poważny sprawdzian możliwości mojej poziomki. Zdała go perfekcyjnie. Na szczycie góry miałem kilkunastominutową przewagę nad Alicją i resztą. Po drodze przejechałem przez wieś Falsztyn. Z ciekawostek - we wsi istniało opactwo zburzone prawdopodobnie przez Husytów. Szczątki zabudowań klasztornych zostały odkryte w trakcie badań archeologicznych.

Jak to bywa z górami - po wjeździe następuje zjazd. Z dużą prędkością prawdopodobnie dwukrotnie przekraczającą prędkość normalnych rowerów moich towarzyszy, którzy wciąż wspinali się pod górę, wjechałem do wsi Frydman. Wieś została założona przez Węgrów. Cały Spisz pozostawał przez wieki własnością Królestwa Węgierskiego. Zmieniło się to dopiero po I wojnie światowej. Do dnia dzisiajszego o węgierskim osadnictwie w tym rejonie świadczą nazwy miejscowości: Frydman, Falsztyn, Dursztyn. W samej wsi węgrzy pozostawili coś jeszcze : zabytkowe winne piwnice pewnego magnata oraz renesansowy kasztel (dwór obronny) z XVI wieku. Miasto przed wylewem zbiornika chronione jest widocznym na zdjęciu poniżej wałem przeciwpowodziowym przy którym zainteresowałem grupkę młodzieży moim niecodziennym rowerem. Określony został "kolubryną" z czym nadal nie do końca się zgadzam. W każdym razie byli bardzo miłymi młodymi ludźmi.

We Frydmanie przystanąłem na kilkunastominutowy odpoczynek połączony z oczekiwaniem na resztę towarzyszy wycieczki. Pierwsza przybyła Alicja, nie mając nic lepszego do roboty (poza całowaniem się) postanowiliśmy pojeździć trochę po wiosce w celu zabicia czasu. Dwadzieścia minut później byliśmy już wszyscy w komplecie i ruszyliśmy dalej - do szczytu jeziora. W wiosce Dębno odwiedziliśmy drewniany, gotycki kościół Św. Michała Archanioła. Właśnie trwało nabożeństwo majowe więc wstęp do wpisanego na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO XIII-wiecznego obiektu sakralnego było niemożliwe. Kościół jako jeden z najlepiej zachowanych drewnianych, gotyckich kościołów został również nominowany w plebiscycie 7 cudów Polski. I znów ciekawostka związana z serialem "Janosik" - tytułowy bohater brał w jego wnętrzu ślub. Jednak ujęcia wejścia i wyjścia Marka Perepeczki ze świątyni bożej pokazywały już zupełnie inne kościoły.

W drodze powrotnej postanowiłem zjechać z głównej drogi i obejrzeć wsie Maniowy i Kluszkowce. Zaintrygowała mnie historia tej pierwszej. Oryginalna XIV wieczna wieś Maniowy została całkowicie zatopiona w trakcie budowy zbiornika czorsztyńskiego. To co można było zostało przeniesione kilkaset metrów wyżej i stało się kanwą Nowego Maniowe. Jak podaje internetowy serwis miejscowości, było to zaledwie kilka domostw (http://www.maniowy.net) Nazwa Nowe Maniowy według strony internetowej nie odpowiada rzeczywistości bo "To ta sama wieś, tylko przeniesiona i odmieniona." Z tymże całkowicie odmienione, bardziej przypominające osiedle na przedmieściach dużego miasta, niż średniowieczną osadę. Autorzy strony zamiast stwierdzić, że pierwotna wioska została całkowicie zniszczona, próbują w głupi sposób ugładzić historię. Zniesmaczony pojechałem dalej.

 

Zwarta zabudowa wsi Kluszkowce wymuszona została położeniem geograficznym. Wieś położona jest w głębokiej dolinie potoku Kluszkowianka.Przerzucona nad wsią droga 969 pogłębia wrażenie "głębi" wsi. Nad miejsowością wznosi sie na ponad 700 m.npm góra Wdżar. Obecnie oświetlone stoki narciarskie, wyciągi orczykowe, ośrodek narciarski, a w zamierzchłej przeszłości - wulkan. Od końca XiX wieku u stóp góry istniał kamieniołom eksloatujący skałę wulkaniczną - andezyt. Góra-wulkan Wdżar - na zdjęciu poniżej.

 

Do Czorsztyna dojechałem jako pierwszy pomimo nadłożenia drogi. Przed przybyciem reszty ekipy zdążyłem wziąść prysznic i przepłukać swoją koszulkę rowerową. Wieczór spędziliśmy przy jedzeniu, rozmowie i piwie. Przejechaliśmy tego dnia około 39 km, mieliśmy sporo "etapów górskich" i wygląda na to że tego dnia zasłużyłem na żółtą koszulkę lidera klasyfikacji górskiej.

 

Mapa wycieczki pod linkiem 

 

sobota, 02 maja 2009

Wyjazd z Warszawy 30 kwietnia był przerażający. O 14tej ruszyliśmy z Alicją z Saskiej Kępy. W Czorsztynie byliśmy po północy. Następnego dnia rano zmontowałem nasze rowery i ruszyliśmy razem wraz z ekipą cukrzyków na wycieczkę. 

Oto kilka fotek:

Cztery Korony ;)

Widok z Czerwonego Klasztoru.

 

 

Prawie jak Polo-Cocta ;))

Więcej fotek na http://picasaweb.google.com/dietetyk.kliniczny/NowyFolder#

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

W lany poniedziałek postanowiłem wybrać się na rower. Do sakwy zapakowałem wodę mineralną, coś do zjedzenia, ubranie na zmianę - w razie kontaktu z tymi, którzy pragną sprawić aby tradycji stała się zadość - i około 10tej ruszyłem z Miedzeszyna. Było chłodno i chmurno. Pare dni przed wycieczką umieściłem na GL ogłoszenie, że szukam kogoś do towarzystwa (Alicja pojechała do domu na święta). Odzew był żaden więc bardzo ucieszyłem się kiedy pierwszego dnia świąt napisała do mnie dziewczyna, chętna na wyjazd. Umówiłem się z nią przy kanałku żerańskim. Jednak na miejscu spotkania zmieniła zdanie. Na pytanie czy się zdenerwowałem, że nie jedzie zacisnąłem tylko zęby i odpowiedziałem , że bardzo trudno mnie zdenerwować. Mimo że się wewnętrznie gotowałem bo nadłożyłem kilkanaście kilometrów zupełnie niepotrzebnie.

Ruszyłem więc sam. Na Kanale Żerańskim trenowali kajakarze, wędkarze zarzucali wędki i tylko zastanawiałem się jak oni to potrafią tak zsynchronizować żeby kajakarz pozostał na kajaku, a rybak wyciągał z wody tylko ryby. Dla mnie to w każdym razie byłoby zbyt duże ryzyko - zarówno przy wędce co i przy wiośle. Zresztą wiosłem już raz komuś zaszkodziłem i nie chciałbym prowokować analogicznej sytuacji z wędką w ręce.

W trakcie moich rozmyślań zza chmur wychyliło się słońce. Dosyć nieśmiało, jednak wystarczająco żebym przyjemne ciepełko. Ruszyłem dalej.

Nie chcąc wylądować znów nad Zalewem Zegrzyńskim przejechałem na drugą stronę kanałku i ruszyłem przez las w stronę Radzymina. Po drodze natknąłem się na leśną polankę z wieżą obserwacyjną (nie wiem jak to się fachowo nazywa) Zatrzymałem się, wszedłem na górę i zabrałem się za jedzenie. Zrobiłem też zdjęcie. Sobie.

 

 Z Radzymina ruszyłem w stronę Klembowa. Chciałem koniecznie dojechać nad rzekę Rządzę. 

 

Po krótkim odpoczynku ruszyłem ku celowi mojej wycieczki. Rezerwatu Dębu "Dębina"

I choć nie miałem Zorki 5 to zrobiłem kilka zdjęć. 

 

W tych pięknych okolicznościach przyrody postanowiłem uwiecznić mój rower.

"Poziomka na dębowisku"

 

W drodze powrotnej postanowiłem pojechać przez Poligon w Rembertowie. Niestety droga nie była taka łatwa jak myślałem - czołgi zrobiły swoje i większość czasu musiałem prowadzić rower przez muldy i piachy. A na koniec prawie wpadłem do gigantycznej kałuży która przeznaczona była dla pojazdów gąsiennicowych.

W końcu w poligonowym lesie odnalazłem asfaltową drogę wiodącą do Akademii Obrony Narodowej skąd już bez przeszkód dostałem się do domu.

W sumie przejechałem 81 km i udało mi się uciec przed czterema ekipami z wodą. W jedną z nich nawet wjechałem, lecz dosłownie ich zamurowało ze zdziwienia na mój widok i nie zdecydowali się na atak.

 

Pokaż mapę Lany poniedziałek - wycieczka rowerowa 

sobota, 04 kwietnia 2009

W ubiegłą niedzielę wraz z uroczą rowerzystką wybrałem sie na wycieczkę rowerową do Czerska. Najpierw pojechaliśmy do mojego rodzinnego domu w Miedzeszynie, abym miał na czym jechać. Przy okazji złożyłem życzenia urodzinowe mojemu bratu i porozmawiałem z mamą.

Wyruszyliśmy około drugiej po południu. Przez Falenicę i Józefów, w towarzystwie przedwojennych świdermajerów dotarliśmy nad Świder.

 

Ku naszemu zdziwieniu w nurcie rzeki leżał opuszczony i zapomniany monitor starej generacji porzucony zapewne przez proto-internautę. Widocznie kupił sobie ekran LCD i z radości spontanicznie wrzucił stary w odmęty rzeki. Jak widać monitor nie dopłynął do morza.

 

Po krótki odpoczynku, ruszyliśmy w stronę nadwiślańskiej wsi Nadbrzeż. Wioska leży w otoczeniu sadów jabłkowych, które to są głównym źródłem dochodu mieszkańców. Jak wynika z relacji mojego kolegi z podstawówki który tam mieszka, największym problemem poza niską ceną jabłek w skupie, są coroczne wylewy Wisły. Co prawda ochronę stanowi Wał Nadwiślański, lecz nie zawsze ich wysokość jest wystarczająca.

Droga którą wybraliśmy wiodła przez rzeczone sady. W lecie jest wspaniałym skrótem, jednak sprawa inaczej przedstawia się na wiosnę. Błotniście inaczej.

 

Dzięki mojemu pomyleniu drogi ;) przedzierając się przez błotnistą gruntówkę omineliśmy Nadbrzeź. Potem już asfaltem dojechaliśmy do mostu na Wiśle w Górze Kalwarii. W międzyczasie zaczął kropić deszcz.

Po drugiej stronie mostu skręciliśmy w drogę nad wałem przeciwpowodziowym. Zamek był już w naszym polu widzenia. Po drodze postanowiliśmy jeszcze zjechać w pole i obejrzeć obelisk poświęcony wydarzeniu związanemu z marszałkiem Piłsudskim . Kto pierwszy odgadnie co to za wydarzenie, dostanie ode mnie butelkę piwa Królewskiego.

 

 

Dalej jechaliśmy skupiając swoją uwagę na optycznie zbliżającym się zamku.

 

Widok z wieży zamkowej przedstawiał się jak zwykle zachwycająco.  

 

Moją szczególną uwagę wzbudziła podmyta droga u stóp wzgórza zamkowego.

 

Na zamku spędziliśmy około pół godziny i około 17tej zaczeliśmy drogę powrotną. W Górze Kalwarii wjechaliśmy jeszcze na teren opuszczonej jednostki wojskowej. Okna w budynkach były powybijane, na placu apelowym jakaś młodzież rozpracowywała jakiś alkohol, ogólnie mówiąc syf i malaria. 

Ruszyliśmy w stronę Wilanowa. Po drodze zajechaliśmy już po ciemku do konstańcińskiej tężni. W środku trwał remont.

Do Wilanowa dotarliśmy około 21-szej. Zza krat bramy pałacowej uwieczniliśmy na zdjęciu podświetloną siedzibę króla Jana III. 

 

Później w wilanowskim McDonaldzie przy shake'u,herbacie, frytkach, trzech hamburgerach i "jakiejś nowości zakładu" postanowiliśmy wsiąść w autobus i dojechać na Pragę Południe. Nie bardzo uśmiechała nam się dalsza jazda w deszczu i wieczornym chłodzie. 

Pokonaliśmy w sumie około 75 km na rowerach. Choć przed wyjazdem informowałem Alicję o 30-40 km ;) Ale to standard, który przeszedł na mnie w drodze dziedziczenia od Grześka ;) 

 

 

wtorek, 24 lutego 2009

Są dwie rzeczy w życiu prawdziwego rowerzysty, które ten naprawdę uwielbia: jazda na rowerze i ... jedzenie. O rowerze piszę nieustannie, lecz jedzenie jest tematem pomijanym na moim blogu. Aby zmienić ten stan dzisiejszy wpis chcę poświęcić pożywieniu.

Podstawa to smaczna kanapka.

 

Kiedy brakuje sił, trzeba naładować się czymś energetycznym. "Słodka ch" i masło czekoladowe!!! mniam ;p

 

Nie zapominajmy o owocach. Wszyscy wiedzą, że owoce zawierają duże ilości ważnych składników odżywczych , naturalne cukry proste, witaminy, węglowodany. Każdy też wie że "najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny" więc w zestawieniu z owocami piękne kobiety są "najważniejszymi elementami każdego posiłku"

 

Warunki spożywania pożywienia bywają trudne. Czasem wystarczy ubrać coś przeciwdeszczowego i skupić się na przeżuwaniu.

 

Prawdziwe jedzeniowe Eldorado znajdziesz pod Złotymi Łukami. To prawdziwa oaza dla podróżnika ;)

 

Można jeść po kryjomu i po ciemku 

 

Prawdziwą przyjemność z jedzenia odczuwa się jedząć w towarzystwie. Bowiem jest napisane "gdzie dwóch je, tam trzeci płaci". Albo coś w tym stylu ;)

 

A teraz nie pozostaje mi nic innego niż udać się do kuchni w poszukiwaniu jedzenia. 

SMACZNEGO ;) 

 

wtorek, 10 lutego 2009

Sobota była pięknym słonecznym dniem.  Niestety. Musiałem pojechać na uczelnię. Wieczorem siadając przed komputerem wpadłem na pomysł wybrania sie nad Zalew Zegrzyński i Bug. Prognozy z new.meteo.pl nie napawały optymizmem. Miało padać i być znacznie zimniej niż w sobotę. Pomimo to w niedzielę rano spakowałem sakwy, zaufałem raz jeszcze swojemu aparatowi fotograficznemu i wyruszyłem.

 

 

A tam nad Zegrzem ? No cóż. aparat definitywnie odmówił mi posłuszeństwa, po raz drugi zostawiając mnie w ciemnej d.pie.

Muszę więc teraz przybojerować, że reszta to moje fotki.

 

Zawsze mnie fascynowały te pojazdy. Tym razem mogłem przyjrzeć sie im z bliska i nawet odważyłem się na rozmowę z jednym człowiekiem, który - jak później sprawdziłem w internecie okazał się ważną personą w Stowarzyszeniu Flota Polska DN

Pomyślałem sobie ,że rower przecież nie jest gorszy. I pojechałem dalej kilkaset metrów po zamarzniętym zalewie. 

Znad Zegrza ruszyłem na eksplorację Bugu. Ale o tym innym razem ;) 


 

Trasę mojej 82 kilometrowej wycieczki niedzielnej można zobaczyć poniżej. Dzięki serwisowi Google Maps
Wyświetl większą mapę 


 
poniedziałek, 02 lutego 2009

Tego wpisu być nie powinno jednak takie znalezisko, którego zresztą sam autorem onegdaj byłem przemilczeć hańbą nazwaćby można. 

W grudniu 2007 roku tak pisałem o masie krytycznej na starym blogu www.wyprawarowerowa.blox.pl:

" I tak sobie pomyslałem : Warszawska Masa Krytyczna umiera. Jak zaczynaliśmy jeździć na nią 4 lata temu, poruszała się szybko, miała w poważaniu policjantów, luźno interpretowała prawo o ruchu drogowym. Było zastawianie kierowców, były plany budowy platformy rowerowej. I coraz wiecej reguł, organizatorzy przemienili sie troche w takich strażników, jeżdżą teraz z lizakami, radiami CB. Królują sztywne zasady, nie można wyprzedzać kolumny, jechać pod prąd i ta drażniąca prędkość - chyba już Czajnik stracił parę. No i szczyt szczytów - samochód na usługach przejazdu.

(...)

Czyli kiedyś Czajnik i Rafii zostaną ministrami od spraw transportu ;-) No dobra ministrem i viceministrem. Umieracie Panowie, umieracie! "
 

Nie dalej jak dwa tygodnie temu znalazłem na Goldenline profil Czajnika. Pracuje obecnie w ... Wydziale Transportu Rowerowego jako podinspektor. Czyli nie myliłem się dwa lata temu ;) Masa zostanie w końcu wchłonięta przez system.

Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać , że dzieje się dobrze. Kiedyś uważałem że wszelkie wchodzenia w symbioze z systemem niosą nieuchronną katastrofę jednak teraz myślę, że dobrze się dzieje.

Idzie ku lepszemu. I już nie tylko nasza kiełbasa jest lepsza od ich kiełbasy.  Niedługo nasze ścieżki rowerowowe przegonią ich ścieżki.

niedziela, 01 lutego 2009

Korzystając z wolnej niedzieli, bez opadów śniegu wybrałem się rowerem na wycieczkę. Pojechałem znów odwiedzić Kępę Zawadowską. Tym razem postanowiłem dokonać eksploracji wschodniego zbocza. Okazało sie że tuż obok rezerwatu Wysp Zawadowskich jest piaskarnia. Czy to nie prowadzi do degradacji rezerwatu ? Nie wiem, ale nie wygląda zbyt dobrze.



Wyświetl większą mapę
Ulicą Prętową dojechałem do Wilanówki . Malownicze meandry rzeczki jak zwykle skłoniły mnie do zmiany kierunku. Dojechałem do ulicy Vogla, po drodze wcale niedostrzegając wylądowanego w polu Boeinga.



Wyświetl większą mapę
Widok taki z pewnością sprawiłbym mi nieopisaną radość i pomógł uwierzyć, że w życiu wszystko jest możliwe. Niestety "takie rzeczy to tylko w google maps" ;-) Radość sprawili mi natomiast nasi piłkarze ręczni, którzy podczas gdy ja przedzierałem się przez rezerwat leśny Morysin wygrywali mecz o brąz.

W samym środku lasu stał enigmatyczny obiekt. Bardzo zdewastowany, jednak wskazujący na swoją dawną świetność. Morysin był kiedyś jednym z najpiękniejszych parków romantycznych. Niestety od zakończenia WWII park stopniowo zarastał i ulegał degradacji. Obszerny, bardzo ciekawy artykuł można znaleźć pod linkiem

Dalsza część wycieczki to już zwykły, epicki powrót do domu. Oczywiście nie ominąłem po drodze McDonalda.

I uważajcie na parkujące samoloty. One też mają prawo żyć.

środa, 07 stycznia 2009

Rano trzeba było coś zjeść. Grzegorz wziął się ostro do pracy, aż okruchy sypały się na podłogę  :/

 

 

Po śniadaniu podjechaliśmy jeszcze pod Wawel. Smok stał, choć nie zionął już ogniem. Chyba stał się pierwszą polską ofiarą rosyjskiego Gazpromu. Na szczęście nigdzie nie widzieliśmy złomiarzy przygotowujących się do szturmu zwierzęcia.

 

Na koniec wygrzebaliśmy z kieszeni 1,30 zł i kupiliśmy jednego bajgla.

 

 

 

 

wtorek, 06 stycznia 2009

W zasadzie do ostatniej chwili nie wiadomo było dokąd i co dokładnie. Jako osoba towarzysko nieatrakcyjna od paru już lat nie otrzymuje propozycji sylwestrowych więc w tym roku nie chcąc popaść ponownie we "frustrację ostatniego dnia roku" postanowiłem zorganizować wyjazd samochodowy. Pierwotna koncepcja dotyczyła wyjazdu nad morze, lecz ten kto ją zarzucił wycofał się uczestnictwa w ogóle. W końcu wieczorem 30 grudnia padło na Kraków i Zakopane.

Dwadzieścia cztery godziny później na krakowskim rynku świętowałem jak przyszło na profesjonalnego kierowcę zakończenie ostatniego w roku 2008 odcinka specjalnego Warszawa - Kraków

 

 

Było nas troje : Grzegorz, jego małżonka Fiorella (Peruwianka) oraz ja.

Tak wyglądaliśmy na wspólnym krakowskim zdjęciu  

Kraków, akcentując swoją kobiecą naturę, postanowił promować w tym roku wokalistki: śpiewały - Kasia Kowalska, Natalia Kukulska, Leona Lewis i Tatiana Okupnik. Last but not least  cudowna Kate Ryan wprowadziła nas swoim fantastycznym głosem ( i nogami) w Nowy Rok. Pomimo mrozu i mojej alkoholowej abstynencji samochodowej było zajebiście !

Na nocleg pojechaliśmy do kamieniołomu na Zakrzówku. Po rozłożeniu tylniego siedzenia stworzyliśmy "przestrzeń senności" łączącej tylnią część auta z bagażnikiem. Miejsca wystarczyło tam dla dwójki, ja zadowoliłem się przednimi siedzeniami. Co pare godzin włączałem silnik i nagrzewałem fiata- bardzo dużo ciepła uciekało przez kiepsko uszczelniony bagażnik. Bedę musiał coś tam przypatentować. W każdym razie to kolejna koncepcja w duchu filozofii e-menela

 

 

  

 

CDN ;-) 

piątek, 28 listopada 2008

  

Niespodziewanie spadł śnieg. To jednak nie zniechęciło mnie to kolejnej wycieczki rowerowej. Tym razem znów w towarzystwie Wujka Tomiego i paru nieznanych mi osób. 

Cała relacja z naszej wycieczki po Kampinowskim Parku Narodowym tuta

Naprawdę warto przeczytać. Działo się, działo ;-)

Pozdrawiam 

środa, 15 października 2008

Już dość dużo czasu upłyneło od mojego ostatniego wpisu. Zdążyłem w tym czasie załatwić pare spraw związych z moimi studiami, posunąć do przodu (a w zasadzie w kierunku końca) remont w moim mieszkaniu i kilka innych rzeczy.

Skorzystałem również z przypadającego mi ustawowo urlopu wypoczynkowego i 1 października wyruszyłem na niewielką wyprawę rowerową. Niestety już w pociągu do Krakowa aparat fotograficzny odmówił posługi i jedyne czym mogę zobrazować moją samotną wyprawę to poniższa mapa. 


Wyświetl większą mapę

W czasie mojej nieobecności do domu przyszła paczka z rowerem poziomym. Ale o tym w następnym wpisie.

poniedziałek, 15 września 2008
piątek, 22 sierpnia 2008

Spałem w życiu w różnych miejscach i okolicznościach : w parkach miejskich, na plażach, w metrze nowojorskim (fantastyczne miejsce - o ile sie nie położysz na ławce), przed komisariatem policji.

Teraz można dołączyć do tego spectrum nowe miejsce.

Właz do jaskini stalagmitowej. Dno jaskini znajduje sie 10 metrów niżej. Jedyna niedogodność to nietoperze, które wracając z nocnych łowów, mogą pomylić się i zamiast do jaskini, wpaść we włosy, albo do śpiwora.

Ja w każdym razie spałem świetnie.

A pod spodem :

 

 

 
1 , 2