Kategorie: Wszystkie | Wyprawy rowerowe | wyprawy nierowerowe
RSS
piątek, 27 stycznia 2012

Przygotowywałem sie długo do tego wyzwania. Przeglądałem aukcje internetowe, zaglądałem od czasu do czasu do sklepów rowerowych, a przede wszystkim przeliczałem, liczyłem, szacowałem, kalkulowałem. Moj paradygmat brzmiał - nie warto kupować drogiego roweru: bo mogą ukraść, zniszczy sie i straci szybko wartość, na drogim rowerze jeździ sie w sumie tak samo jak na tanim etc. Maksymalnie moj nowy rower miał kosztować 1000 zł.

I tak szukałem, googlowalem i znów szukałem. I nic. Bo wcale nie chciałem roweru z supermarketu (ani marketu sportowego) za kilkaset złotych - bo jakość marna i nie ma rozmiarów dla mnie. Wszystkie aukcje używek przegrywałem, bo oferowałem za malo - uważałem ze nie warto kupować bajka używanego za więcej niż 650 zł. W końcu traciłem chęć na nowy rower. Kiedy przychodziła znowu, scenariusz powtarzał sie od początku.

I w końcu znalazłem. Rower crossowy - no name - stał w hurtowni Wheeler Polska w Majdanie kolo Starej Miłosny. To było to! Dostępna duża aluminiowa rama (sprzedawca obiecał, że wymiana trwa 30 minut), niewielka waga (wg specyfikacji znalezionej w internecie około 13 kg), no i przede wszystkim cena - okrągłe 999 zł. Z tym, że nie miałem przy sobie takiej kwoty. Chwilowo wiec odpuściłem i mając w pamięci mój rower czekałem na właściwy moment. Czyli kolejna wizytę w Majdanie.

Głód roweru dopadł mnie tuż po Nowym Roku. Chociaż wiedziałem juz, co chce kupić wciąż szperałem w Internecie szukając okazji. Zajrzałem nawet bez większych nadziei do SKI-teamu, jednak wszystko, co tam stało było znacznie droższe niż mój paradygmat. W końcu nadszedł ten dzień – 27 stycznia 2012. Miałem wolna kasę, wyskubałem kilka godzin wolnego czasu i pojechałem w ponad godzinna wyprawę autobusową do Wheelera. Na miejscu okazało sie, że, co prawda rower jest, ale na magazynie nie ma odpowiedniej dla mnie ramy. Byłem zawiedziony.

Było zimno (-10st). To był moment krytyczny – byłem nakręcony, miałem pieniądze, a mojego wypatrzonego no name’a - nie było. Na dodatek autobus 720 nie przyjeżdżał i marzłem na mrozie. Podjąłem szybką i w moim odczuciu nieco szalono-pochopną decyzje. Jade do SKI-teamu.
I tak 27 stycznia na ulicy 17 stycznia o godzinie 17tej zdobyłem to:




Cena: 1520 zł


Czyżbym jednak nie był takim sknerą za jakiego mnie wszyscy maja? Czy to tylko wynik trzaskającego mrozu i niepowodzenia długo planowanej misji? Czy było warto? I w końcu - czy to powrót Waszego ulubionego bloga rowerowego? Okaże sie wkrótce...



To już ostatnia część rozważań o rowerze autorstwa Władysława Kopalińskiego. Najbardziej teoretyczna ale siła argumentacji i faktów może przekonać nawet najbardziej zagorzałych przeciwników roweru.
Tymczasem w oczekiwaniu na wiosnę i plenerowe wyprawy czytamy książki i przygotowujemy kolejne wpisy.

 

Rower jako akcelerator zmian społecznych

Zdążył nam już dawno spowszednieć, zapominamy więc łatwo o ważnej roli, jaką odegrał w rozwoju nowoczesnej techniki. Rower, pierwsza masowo produkowana maszyna do transportu osobistego, miała ogromne znaczenie we wczesnym rozwoju samochodu. Prócz własnego bezpośredniego wpływu na społeczeństwo, rower był także pośrednio odpowiedzialny za poważne zmiany społeczne i ekonomiczne. Jeżeli pomyślimy, że koło służy transportowi od przeszło pięciu tysięcy lat, wyda nam się dziwne, że pierwszy rzeczywiście sprawny samopędny wehikuł kołowy zbudowano dopiero w 1884 roku.

Dlaczego jednak tak pozornie prosty przyrząd jak rower mógł mieć taki wpływ na przyspieszenie rozwoju techniki? Odpowiedź mieści się z pewnością w humanistycznych wartościach maszyny. Jej cel to ułatwienie poruszania się jednostce; cel ten osiąga ona w sposób przewyższający znacznie osiągnięcia ewolucji organicznej.

Ekonomia jazdy. Piesi i zwierzęta kontra rowerzysta.

Jeśli porównać energię zużytą na przebycie pewnej odległości jako funkcję wagi ciała u różnych zwierząt i maszyn, okaże się, że zwykły piechur poczyna sobie całkiem nieźle wydatkując tylko około 3/4 kalorii na gram na kilometr. Nie jest on jednak tak sprawny jak koń, losoś albo odrzutowiec. Jednak za pomocą roweru wydatek ludzkiej energii na danym dystansie zmniejsza się o 4/5, do piętnastu setnych kalorii na gram na kilometr. W ten sposób prócz powiększenia swej prędkości ruchu od trzech do czterech razy, rowerzysta osiąga najwyższą miarę sprawności spośród wszystkich poruszających się istot i maszyn.

Ergonomia poruszania się

Aby umożliwić tak wspaniałe funkcjonowanie, rower ewoluował tak długo, aż stał się optymalnym przyrządem ergonomicznym. Używa właściwych mięśni (udowych, najsilniejszych w całym ciele) we właściwym ruchu (gładki obrotowy ruch stóp) i właściwym tempie od 60 do 80 obrotów na minutę. Przyrząd taki przekazywać musi energię sprawnie (za pomocą łożysk kulkowych i łańcucha tulejkowego); musi zmniejszać opór koła za pomocą ogumienia pneumatycznego i musi ważyć jak najmniej, aby zmniejszyć wysiłek pedałowania pod górę.

Tak ogromna przewaga sprawności rowerzysty w porównaniu z piechurem wydaje się polegać głównie na sposobie pracy mięśni. Bo podczas gdy maszyna wykonuje pracę tylko wtedy, kiedy porusza ją jakaś siła, to mięśnie ludzkie wydatkują energię, gdy są w napięciu, nawet nieruchome. Jest to tzw. praca izometryczna. (...) Chodzenie, a nawet samo stanie, pochłaniają energię. Do tego dochodzi wydatek energii przy uderzaniu stopą o ziemię (o czym świadczy zużywanie się podeszew, obcasów i skarpetek) oraz tarcie wywoływane przez machanie rękami i nogami.(...)

Najwyższa wydajność

Rowerzysta oszczędza energię przede wszystkim przez postawę siedzącą; ciało jest w spoczynku, z wyjątkiem równomiernie obracających się stóp. Nawet przyspieszenie i hamowanie odbywa się sprawnie, bo pracują tu niemal wyłącznie najsilniejsze mięśnie nóg. Wznoszącej się nogi nie trzeba podnosić, bo załatwia to pchnięcie w dół drugiej nogi. Przy podtrzymywaniu korpusu we właściwej pozycji mięśniom pleców pomagają mięśnie rąk, stąd pewne ich napięcie przy zwykłej pozycji w czasie jazdy.

Ekologia i dobroczynny wpływ roweru

Lekkość konstrukcji roweru, osiągana głównie przez koła o drucianych szprychach i ramę z rur stalowych lub ze stopów lekkich, jest ważna nie tylko z powodu wymagań jazdy pod górę, ale też ze względu na umożliwienie noszenia maszyny w ręku. Rower produkuje się kosztem niewielu surowców i źródeł energii, rower nie zanieczyszcza środowiska, ma dodatni wpływ na zdrowie użytkownika, powoduje niewiele wypadków; wszystko to sprawia, że można go uważać za jedną z najdobroczynniejszych maszyn stworzonych przez człowieka.

 

Cały tekst znajduje się w: Władysław Kopaliński, Opowieści o rzeczach powszednich, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, ss. 108-112.

środa, 09 listopada 2011

Pierwszy był klasyk

Klasyczny wyścig kolarski współcześnie oznacza zawody rozgrywane jednego dnia, względnie – jednym ciągiem, bez przerw. Epokę drogowych wyścigów kolarskich otworzył w 1891 roku wielki wyścig z Bordeaux do Paryża, w którym pierwsi przybyli do mety trzej Anglicy, rozwijając zdumiewającą średnią szybkość 21 km/godz.

 

georges pilkington mills

zwycięzca pierwszego wyścigu George Pilkington Mills potrzebował na pokonanie 600 kilometrów trochę ponad 24 godzin


1200 kilometrów i ptyś

Sukces i powszechny entuzjazm był tak wielki, że jeszcze w tym samym roku gazeta "Petit Journal" zorganizowała wyścig niesłychanej wprost długości 1200 km Paryż-Brest-Paryż.

Charles Terront paris brest

pierwszym zwycięzcą tego wyścigu był Charles Terront, któremu pokonanie 1200 kilometrów zajęło ponad 71 godzin (spał drugiej nocy), rekord na tej trasie wynosi niecałe 39 godzin i został ustanowiony w 1951 roku

 

Przez wiele lat dwa te wyścigi rywalizowały ze sobą pod względem obsady, nagród i powodzenia. Zaczęły wtedy również powstawać welodromy, najprzód w Paryżu , a potem i w innych miastach; odbywały się tam wyścigi torowe.

Choć oba wyścigi przestały się cieszyć popularnością wśród zawodowców i w nowszych czasach ścigają się w nich amatorzy, wywarły ogromny wpływ na popularyzację roweru. Od 1891 roku (do dziś) we francuskich cukierniach można kupić ciastko o nazwie... Paris-Brest. Okrągły wyrób z ciasta ptysiowego przełożonego kremem pralinowym ma symbolizować koło roweru.

 ciastko Paris-Brest

 

Tour de Lans

Wreszcie pismo "L'Auto" wpadło na pomysł międzymiastowego wyścigu wieloetapowego, z którego reportaże mogłyby utrzymywać w napięciu publiczność przez długie dni. Idea ta stała się rzeczywistością 1 lipca 1903 roku. Pierwszy Tour de France obejmował 6 etapów: Paryż-Lyon-Marsylia-Tuluza-Bordeaux-Nantes-Paryż. Na 64 uczestników do mety dojechało 18. Pierwszy przybył Francuz Maurice Garin.

za zwycięstwo w pierwszym Tour de France Garin otrzymał,  w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, 10.500 Euro dzięki czemu w następnym, 1904 roku mógł sobie pozwolić na zakup m.in. ...biletów kolejowych (udowodniono że na trasie pomagał sobie  podjeżdżając pociągiem) przez co został zdyskwalifikowany i pozbawiony pierwszego miejsca

 

Trudno było jednak kontrolować kolarzy, którzy, na długich etapach, nie mogli zejść z rowerów po zapadnięciu nocy. Wreszcie w 1905 roku zabroniono całkowicie jazdy nocnej, skrócono etapy, podniesiono ich liczbę do jedenastu i wydłużono trasę. Odtąd ulepszano ten wielki wyścig z roku na rok. Stał się on wzorem wielu innych wyścigów.

 

(cdn.)

Cały tekst znajduje się w: Władysław Kopaliński, Opowieści o rzeczach powszednich, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, ss. 108-112.

wtorek, 08 listopada 2011

Zima coraz bliżej, bajking w burakach, a ja czytam sobie różne książki. W jednej z nich natrafiłem na dość ciekawe opracowanie historii roweru, które postanowiłem streścić na blogu, uzupełniając ilustracjami i śródtytułami. Autorem opracowania jest... Władysław Kopaliński. Jest to jedno z wielu możliwych ujęć, z pewnością nie wyczerpujące ale popularne i moim zdaniem dość ciekawe.

Hipsterskie początki

(...) Na początku był celeryfer, deska osadzona na dwóch równych kołach, na którym jeżdżono odbijając się kolejno jedną i drugą stopą od ziemi. Skonstruował go pan de Sivrac w 1790 roku. Była to zabawka ówczesnych dandysów, elegantów paryskich.

celeryfer

Kierownica

Dalej, w 1816 roku, był aparat barona Drais de Sauerbronna z Karlsruhe, nazwany od pierwszej części jego nazwiska drezjenką (takie samo jest zresztą pochodzenie nazwy drezyny). Wielką ideą barona było to, że przednie koło drezjenki obracało się w osi pionowej, co umożliwiało zmianę kierunku bez przesuwania pojazdu. Maszyna ta miała pewną wziętość we Francji, ale wielką karierę zrobiła dopiero w Anglii pod nazwą hobby horse (...) gdzie produkowano ją nie z drzewa, lecz z metalu.

hobby horse

 Pedały

W 1855 roku niejaki Pierre Michaux, zajmujący się naprawą powozów w swym warsztacie przy alei Montaigne'a w Paryżu, otrzymał pewnego dnia do reperacji drezjenkę z popsutą kierownicą. Dał ją do naprawy swemu synowi, Ernestowi. Po wykonaniu reperacji, gdy chłopiec wypróbowywał maszynę, znudziło mu się uderzać nogami o ziemię; skonstruował więc dwa oparcia na nogi. Potem przyszło mu na myśl, że można by przednie koło zaopatrzyć w korbkę i obracać je nią, mniej więcej tak, jak szlifierz obraca swe toczydło. Z dwóch przeciwlegle osadzonych korbek zrobiło się coś w kształcie pedałów. W ten sposób czternastoletni chłopiec wynalazł bicykl. Wkrótce zaczęto przednie koło powiększać, aby uzyskać większą prędkość maszyny, oba koła zaś – obijać gumowymi krążkami dla amortyzacji wstrząsów.

Ernest Michaux

Łańcuch wielu ma ojców

W 1869 ogłoszono wyścig na trasie Paryż-Rouen, z pierwszą nagrodą tysiąca franków w złocie, aby dowieść, że bicyklem przebywać można bez nadmiernego zmęczenia długie dystanse. Do wyścigu zapisało się dwustu bicyklistów. Niektórzy wycofali się w ostatniej chwili, wielu zabłądziło w drodze, ale pięćdziesięciu przybyło do mety! Zwycięzcą okazał się przyszły weterynarz, dwudziestoletni Anglik James Moore. Przednie koło jego bicykla miało średnicy – 120 cm, a tylne – 40 cm.

James Moore

Była to maszyna ciężka i niezbyt zwrotna (zwróćmy uwagę choćby na masywne szprychy). Tłumy wynalazców głowiły się nad jej ulepszeniem. Jeden z nich skonstruował wreszcie rower, w którym łańcuch przenosi napęd pedałów na tylne koło. Kto nim był? Jedni twierdzą że Sergent z Paryża, inni, że młody Georges Juzan z Bordeaux, który miał zbudować zimą 1884 roku rower z ramą, kołami o 75 cm średnicy i łańcuchem, a przede wszystkim firma Rover de Starley, której nazwę przyjęto w Polsce jako rzeczownik pospolity rower; nie dał się on wyprzeć przez nazwę koło, jako nazbyt wieloznaczną, przyjął się za to przymiotnik – kolarski. W każdym razie rok 1890 stanowi zakończenie epoki bicykla.

(cdn.)

Cały tekst znajduje się w: Władysław Kopaliński, Opowieści o rzeczach powszednich, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, ss. 108-112.

niedziela, 30 października 2011

Kilka dni temu rzuciłem pracę. I wyjechałem na wschód.

Wczoraj w Hrubieszowie była ładna pogoda - ciepłe, słoneczne jesienne przedpołudnie zachęciło mnie do wybrania się na pierwszy od bardzo dawna rower. Al nie trzeba było zbyt długo przekonywać nim wsiadła na swoją Stridę, którą na wszelki wypadek przywieźliśmy z Warszawy.

Góra: Strida w bagażniku Sienny; Lewo: Al na Stridzie; Prawo: Znak drogowy doskonale kompunuje się kolorystycznie z jesienią

Problem z brakiem roweru dla mnie częściowo rozwiązała karbonowa Koga. Tylko częściowo ponieważ rama 19 cali to stanowczo za mało jak dla mężczyzny o wzroście 198 cm. Cóż - pomyślałem - wytrzymam te kilka godzin na za małym rowerze.

Jechaliśmy na południowy-wschód lokalnymi drogami, co chwila mijając wały buraków cukrowych. Wyżyna Lubelska jest podobno jednym z najlepszych w Polsce miejsc dla buraków. Wiadomo czemu tutaj tak chętnie przyjeżdżam...

Góra: Proces budowania wału z buraków cukrowych. Kombajn z dala wygląda na niewielki choć w rzeczywistości średnica każdego z kół to ok 2 metrów... Prawo i Lewo: Buraki cukrowe po wydobyciu

We wsi Masłomęcz odpaliłem GPS-a. Pomimo ładowania go poprzedniego dnia w samochodzie, był rozładowany. Nie mieliśmy innej mapy ani nic, tylko zapamiętany dzień wcześniej rzut oka na Google Maps. Na szczęście dojechaliśmy do oznaczenia gockiego szlaku turystycznego, który wskazał nam drogę do nadgranicznego Kryłowa. 

Od lat powtarzam sobie, że przed każdą wycieczką w nieznane będę choć trochę zagłębiał się w Wikipedię, w celu dowiedzenia się czegoś więcej o odwiedzanych terenach. Żeby nie przegapić, nie ominąć ciekawostek. Jednak za każdym razem zapominam o tym i wiedzę odkrywam post factum. Takteż się stało teraz - przegapiłem Masłomęcz jako ośrodek kultury Gotów. Nie odwiedziłem skansenu, nie zrobiłem zdjęć. Biada niech będzie dyletanckim turystom!

Góra: TransTraTur Centrum: Szlak Gotów -Masłomęcz; Dół: N-2000 czyli chrońcie zwierzęta i rośliny; Prawo : Słupek graniczny PL-UA

Do Kryłowa dotarliśmy cali oblepieni białymi nitkami babiego lata,  które wiły się za nami jak ślubne welony na wietrze. Podjąłem nawet kilka prób fotograficznych, jednak nasz Canon okazał się zupełnie niewystarczającą maszyną do takiego zadania. W drodze powrotnej kiedy słońce coraz bardzie zbliżało się do zejścia, pstryknąłem pejzażyk z polem okrytym nitkami pajęczyn. Jak się przyjrzeć to nawet trochę widać.

Babie lato

W Kryłowie, który był najdalej oddalonym od domu punktem naszej wycieczki obejrzeliśmy ruiny XVI wiecznego zamku stojącego nad samą granicą. Al opowiedziała mi wcześniej historię o tym jak kiedyś sama wybrała się na rower nad granicę i została zatrzymana przez strażników  granicznych. Mimo, że mieszka w rejonie nadgranicznym to musiała im udowodnić, że wcale nie chce przepłynąć Bugu, a jedynie rekreacyjnie uprawia turystykę rowerową bez żadnych intencji wywrotowych. Podobno wszystkie wycieczki w rejonie nadgranicznym trzeba z wyprzedzeniem dwugodzinnym zgłaszać straży granicznej.

Sam zamek ukryty jest za krzakami na wyspie utworzonej przez zakole i starorzecze Bugu. I ma naprawdę ciekawą historię. My z Al postanowiliśmy po prostacku nie wchodzić w ruiny z powodu wielu kilometrów powrotu, które na nas czekały. Odpoczęliśmy chwilę nad Bugiem.

Góra: Bug rzeką graniczną; Dół: Rekonstrukcja zamku w Kryłowie

Do domu wróciliśmy jeszcze przed zmrokiem. Po sprawdzeniu licznika i weryfikacji trasy na Google Maps okazało się, że przejechaliśmy okrągłe 50 km. Zarówno dla Al pędzącej na 16-to calowych kółkach Stridy, jak i dla mnie niemogącego wyprostować nóg w kolanach był to prawdziwy wyczyn. Jutro czeka nas kolejna wyczerpująca wycieczka. Tym razem na zachód.

 

Mapa dla lubiących mapy:

Wyświetl większą mapę

środa, 12 października 2011
wtorek, 11 października 2011

Może nie ten, może nie poprzedni, może nie następny – ale któryś weekend będzie ostatnim rowerowym weekendem. Oczywiście zachęcamy na blogu do całorocznej aktywności rowerowej ale umówmy się – większość rowerzystów jesienią chowa swoje jednoślady do rowerowni lub piwnicy (o ile ją posiadają).

Dla mnie, jako osoby ciepłolubnej, granicą jest temperatura i słońce. Gdy spada poniżej 18 stopni, a słońce chowa się za chmurami, niechybnie nastaje pora pożegnania z wycieczkami rowerowymi (bo krótkie przejażdżki do parku albo sklepu uskuteczniam i zimą).

Moim ostatnim takim weekendem był 1. i 2. października. Przeczuwając, że ładna pogoda może się skończyć wybrałem się zatem na ostatnią w tym sezonie dłuższą wycieczkę.

Słońce pięknie świeciło, ba – trzeba powiedzieć, że nawet grzało! Spakowałem więc do sakwy krem z filtrem, wodę, mapę Okolice Warszawy i ruszyłem na południe.

 


Pokaż Gocław - Wyspy Zawadowskie - Konstancin - Miasteczko Wilanów - Gocław na większej mapie

Z Gocławia Mostem Siekierkowskim na drugą stronę rzeki, potem Wałem Zawadowskim wzdłuż Wisły.

Trasa jest przyjemna a do wyboru dwie opcje: górą z widokiem na rzekę lub dołem z widokiem na wał i pola (wersja szybka, równa i gładka ale z muldami). Po prawej minąłem składowisko popiołów EC Siekierki, a zaraz po lewej – Rezerwat Wyspy Zawadowskie. Wspaniały widok i wspaniałe miejsce, i to tak niedaleko od centrum miasta! Niski poziom rzeki umożliwiał eksplorację i chodzenie po miejscach zazwyczaj zalanych wodą. Polecam na plenery zdjęciowe oraz dla amatorów fotografii przyrodniczej. Szerzej o rezerwacie pisał swego czasu bajking.

Dalej jechałem cały czas wałem na południe, aż do ujścia Jeziorki. Wzdłuż Jeziorki również jest wał (po obu stronach), którym da się poruszać na rowerze. Można nim dojechać do samego Konstancina – Jeziorny, w pobliże starej papierni.

A w Konstancinie wiadomo – tężnia. Urządziłem tam sobie odpoczynek zdjąwszy buty, czym wzbudziłem konsternację u pobliskich kuracjuszek (bo przecież zimno). Nic sobie z tego jednak nie robiłem, i wdychając solankowy aerozol zaległem pod przyjemnym dębem.

 

Tymczasem dzień jesienny to nie jest długi dzień letni, i po południu słońce już tak nie grzeje (mimo że mocno świeci), i popołudnie wieszczy szybki zachód. Skierowałem się więc już na północ, w stronę Powsina, niebieskim szlakiem rowerowym. Na Kabatach penetrowałem różne pobocza i drogi nieoczywiste - jak widać na mapie. Polecam również kiedyś przejechać się ulicą Nowoursynowską od początku do końca (lub w drugą stronę) – gwarantowane zaskoczenia i urbanistycznie nieoczywistości.

Ja zaś postanowiłem przejechać przez Miasteczko Wilanów, które przyśniło mi się kilka nocy wcześniej. Ciekawy zjazd jednokierunkową ulicą Orszady (kontrapas rowerowy). Realne Miasteczko Wilanów nie różniło się zbytnio od tego onirycznego – może oprócz tego, że prawie wzdłuż każdej ulicy miało ścieżki rowerowe. Jechałem sobie słuchając audycji w Dwójce, poświęconej księdzu Janowi Twardowskiemu, co akurat tyleż pasowało do zewnętrznego anturażu, że duchowny jest pochowany w Świątyni Opatrzności – zresztą wbrew swej ostatniej woli.

Dalej trasa prosta, zahaczyłem o biedronkę (ale nie tę z wierszy księdza Twardowskiego) i dalej prosto, ścieżką rowerową na sam Gocław.

 

Drugi dzień ostatniego takiego weekendu

 

Następnego dnia – w niedzielę – również świeciło słońce i również wybrałem się rowerem na wyścigi konne na Służewcu. Jednak gdy podwinąłem rękawy, chłodny wiatr mroził mi skórę i ścięgna, jazda nie była już tak przyjemna jak jeszcze poprzedniego dnia. Całe szczęście zachowałem w pamięci wyścigowy fartowny dzień w poprzednią niedzielę, a szesnastego października – Wielka Warszawska. Kto wie, może przy ładnej pogodzie wybiorę się tam na rowerze?


Do zobaczenia!

 


piątek, 26 sierpnia 2011

A czemu by nie pojechać do Radomia? Sprawdzić jak tam rowerowa sytuacja się ma, sprawdzić czy opłaca się kupić kolejowy bilet dobowy i pojechać rowerem dalej na wschód, do Garbatki-Letniska?

No to umówiłem się z kolegą Sławkiem i następnego dnia rano jedziemy już piętrowym klimatyzowanym wagonem Kolei Mazowieckich do stolicy byłego woj. radomskiego. Podróż trwała trochę ponad dwie godziny.

koleje mazowieckie bombardier transportation radom pkp rower wagon rowerowy

Ścieżki rowerowe w Radomiu to polska norma – zaczynają się i kończą w najmniej spodziewanym momencie, urywają się lub bez ostrzeżenia kontynuują bieg po drugiej stronie ulicy. Można natknąć się na rzadkie rozwiązanie: ścieżka na ul. 1905 roku wyłania się niespodziewanie z jezdni. No i na takie tablice, albo konia co zatarasuje ścieżkę.

koń radom limanowskiego starokrakowska 1905 roku ścieżki rowerowe

Jechaliśmy na południe, do skansenu. Warto odwiedzić, pracownicy są wygadani i chętnie odpowiadają na pytania. Choć moim zdaniem lepiej zorganizowany skansen znajdziemy w Sierpcu.

Oho, zrobiło się późno, 13-ta, a my jeszcze w Radomiu! W te pędy więc wracamy do centrum i kierujemy się na wschód. Cel: Czarnolas, potem Garbatka. Nad nami latają myśliwce ćwiczące przed nadchodzącym Air Show. Strasznie hałasowały! A po drodze samochody na blachach z całej Polski - ludzie już przyjechali je oglądać i fotografować.

Wsi (pod)radomska, wsi wesoła! Nigdzie nie znajdziecie tak malowniczo położonego sklepu spożywczego, jak np. w Grzmucinie. Gdzież jeszcze można jechać przez Klwatkę, Gzowice, Czarne – a zaraz potem Bieliny. I Trupień? Ale ale, czeka na nas Czarnolas. TEN Czarnolas. Siądź pod mym liściem a odpocznij sobie – myślę zachłannie. I co ? Zamknięte.

 czarnolas jan kochanowski radom rower

jan kochanowski czarnolas kiosk budka pamiątki

 

Nie wiem kto wpadł na pomysł, że muzeum jest czynne w godzinach 8-16. Przejechaliśmy się tylko przed dworkiem, zrobiliśmy pamiątkowe (foto) i zgłodniali skierowaliśmy się do Garbatki-Letniska. Po drodze miejscowość Grudek – albo Gródek. Nie wiadomo właściwie jak się ta miejscowość nazywała. Wszystkie „u” zwykłe pozamieniano tam na „ó”. Żart czy błąd? W Gró/udku ciekawy kościół renesansowy z półtorakrzyżem na wieży, a w Garbatce czekała na nas pizza (a właściwie PITCA - jak zapisała ją pani przyjmująca zamówienie). I zimne piwo (ale nie mówcie nikomu! Rowerzystom nie wolno).

pizzeria garbatka polanka

garbatka letnisko rowery wodne ośrodek polanka jeziorko

Przyjemny ośrodek wypoczynkowy, Puszcza Kozienicka i krążąca nad nami burza tak nas urzekły, że zasiedzieliśmy się. Tymczasem zrobiła się prawie osiemnasta, pociąg odjechał, a my gadu-gadu. Następny pociąg do Radomia za półtorej godziny, tam przesiadka do Warszawy. Chyba, żeby - nie, nie... do Dęblina? Stamtąd bezpośredni pociąg do Warszawy, ale za niecałą godzinę. 24 km w godzinę? Może się udać ale co jeśli złapie nas burza? A grzmi, grzmi i błyska w nieokreślonym pobliżu. Są emocje, jest hazard, będzie wyścig z czasem. Najwyżej się nie uda. Jedziemy. Ciężko utrzymać szybkie tempo pod wiatr. Zmieniamy się – raz ja z przodu, raz Sławek. Nie mam licznika, więc liczę w głowie – jeśli jedziemy 25km/h to zdążymy, jeśli 24km/h lub wolniej – pociąg może nam uciec dosłownie sprzed nosa. Gnamy. Jest Opactwo. Zajezierze. Jeszcze 5 km – pokazuje tablica. Po 5 kilometrach następna – Dęblin3. Nie zdążymy. Ale jedziemy dalej, jest Wisła, szeroka, rozlana. Za mostem Dęblin. Jeszcze kwadrans. Zdążymy? Gdzie stacja, gdzie dworzec? A może pociągu nie będzie, może źle sprawdziłem? W końcu – jest. Tryumfalnie wsiadamy, rowery zostawiamy w przedziale rowerowym a sobie przybijamy piątkę. Zyskaliśmy 2,5 godziny oraz duużo satysfakcji. Tempo nawet powyżej 25 km/h przez prawie godzinę. Nie wiedziałem że tak mogę, nie jestem wytrenowany. Mam jeszcze parę minut, w kiosku kupuję coś słodkiego na drogę. Fajna ta wycieczka.

 koleje mazowieckie rower przedział kolejowy

 

PODSUMOWANIE:

Przejechaliśmy ok. 90 km. Bilet dobowy Kolei Mazowieckich kosztuje 30 zł. i daje komfort i możliwość korzystania z pociągów tego przewoźnika bez ograniczeń (rowery w sezonie jadą za darmo). Wstęp do skansenu 8 zł. Pitca – 15 zł (keczup i sos majonezowy gratis). Zmiana perspektywy, walory zdrowotne i poznawcze – bezcenne.

 

bilet dobowy kolei mazowieckich wzór 2011 cena warszawa śródmieście

21:12, stanwewnetrzny
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 sierpnia 2011

II. Bajking Bóg wie gdzie, a ja trasą cmentarną jechałem ku Arkadii. Cmentarną, bo (nie licząc szpitala przy Działdowskiej) przejechałem obok cmentarzy: Ewangelickiego Reformowanego , Ewangelickiego Augsburskiego , Kaukaskiego, Tatarskiego , i Powązek. Minąłem także Pole Elekcyjne na ul. ... Elekcyjnej. Dotarłem pod Arkadię i czekałem na kumpla, który bardzo chciał jechać do lasu. Nazwijmy go Pezet.


Pezet od razu zrobił mi awanturę że go poganiam oraz wyraził żal że go unikam. Następnie zaczął się użalać nad sobą i robił to przez całą drogę. Zagroziłem że jak będzie za bardzo narzekał, to bez słowa zawracam. Mam problem z takimi ludźmi, ale z drugiej strony – samotna jazda nie jest przyjemna. Jechaliśmy więc wiaduktem na ul. Jana Pawła II, ścieżką na Broniewskiego, potem przez Wawrzyszew do węzła Młociny. Następnie obok ZET Żoliborz która - jak sama nazwa wskazuje – znajduje się na Bielanach. Dojechaliśmy do budowy Mostu Północnego i tu dylemat: Las Młociński czy Las Młociny? Oba miejskie, oba są przedłużeniem Kampinosu, no i oba są lasami (a Pezet wszakże chciał do lasu, najlepiej – Kampinosu). Różnią się tym, że jeden leży po lewej stronie ul. Pułkowej, a drugi po prawej. Wybrałem Las Młociny – inaczej Park Młociński. Wiecie, że aż do lat 70-tych dojeżdżał tu tramwaj (linia 28)?


Park Młociny to miejsce bardzo urokliwe. Rosjanie na coś takiego mówią liesopark, i to jest moim zdaniem trafna nazwa. Park w lesie. Miejsce na ogniska, ścieżka zdrowia, ścieżki przyrodnicze, siłownia na wolnym powietrzu, boiska do gier zespołowych, ławeczki, kosze na śmieci, wiaty. Szczególnie polecam przejażdżkę aleją między drzewami, równoległą do Wisły. Znakomicie nadaje się na romantyczny spacer albo plener filmowy. Ja, mało romantycznie, z Pezetem okrążyłem park (na zdjęciu lotniczym park wygląda jak duża owalna bakteria) i szukaliśmy przebicia do Łomianek. Jest tam niby szlak rowerowy – żółty i niebieski ale trudno go znaleźć i lepiej kierować się na azymut. Dzięki temu trafiliśmy na ogródki działkowe, a tam biegł już wał przeciwpowodziowy, po którym dało się jechać.

Jechaliśmy więc w tych malowniczych okolicznościach przyrody to zbliżając się do Wisły, to oddalając od niej. Droga nie jest komfortowa, przydają się amortyzatory (ja nie mam), wygląda trochę tak jak trasa po Wale Miedzeszyńskim przed remontem (czyli wąziutka ścieżka z trawą po bokach i dołkami od czasu do czasu). Generalnie jednak dla miłośników natury jest to trasa godna polecenia. Nie wiem dokąd można nią zajechać, z mapy wynika że do Czosnowa. Im dłużej jechaliśmy, tym Pezet był bardziej zniecierpliwiony i chciał zawracać. Dla niego te nadwiślańskie topole to nie był las, a Las Młociny to przecież park, więc też nie las, a poza tym coraz bardziej go wszystko bolało, było gorąco i ogólnie źle. Na takie dictum w okolicach rezerwatu Ławice Kiełpińskie postanowiłem że zjeżdżamy z wału i wracamy. Zrobiliśmy jeszcze krótki postój nad Jeziorem Kiełpińskim i dawaj, z powrotem.

Droga powrotna minęła szybko. Kiełpin-Łomianki-Wólka Węglowa (po prawej był Kapinos ale zirytowany Pezet już tam nie chciał wpadać)-Wólczyńska-Żeromskiego. Cały czas Pezet dopytywał ile zrobiliśmy kilometrów. A ja go gasiłem, że nie tak dużo, a w ogóle to nie mam licznika (bo nie wymontowuję z roweru wszystkie zbędne rzeczy). Ni stąd ni zowąd przy Hali Marymonckiej powiedział cześć, to ja wsiadam do metra. Odkrzyknąłem cześć! i pojechałem dalej. Jadąc ulicami Słowackiego i Mickiewicza poczułem się wieszczo, aż miło było przejechać nowo oddanym wiaduktem przy Dworcu Gdańskim (porządna ścieżka rowerowa, niestety z mało przyjaznym zakończeniem). Następnie Bonifraterska, Krakowskie Przedmieście - gdzie spotkałem kolegę ze studiów i chwilę z nim porozmawiałem – Rondo de Gaulle'a. A na rondzie kto? Nie zgadniecie. Nie, nie chodzi mi o palmę ale o Pezeta który dopiero wysiadł z metra i Mostem Poniatowskiego zmierzał na Pragę. Pomachałem mu jeszcze i z poczuciem ulgi, że się już nie muszę słuchać jego narzekań pojechałem do siebie. Złapał mnie deszcz. Lipcowy, ciepły deszcz.

 

stanwewnetrzny.blox.pl



sobota, 13 sierpnia 2011

Autorem wpisu jest Stan (stanwewnetrzny.blox.pl). All rights reserved.


I.       A było to tak: pewnego lipcowego dnia (a lipiec deszczowy był tego roku) postanowiłem, że kupię sobie bluzę. W tym celu pojechałem pociągiem do Ursusa, do sklepu, którego nazwy wymieniać nie będę. Wziąłem ze sobą rower myśląc: wrócę rowerem, a w drodze powrotnej zwiedzę sobie Odolany.

            Ursus i Włochy mają to do siebie, że geograficznie są bardzo blisko Centrum, ale mentalnie- dość daleko. Trochę jak Praga. Z Włochów jak na dłoni widać Pałac Kultury ale od Centrum oddzielają go właśnie Odolany. Przypomniałem sobie, jak w dawnych czasach jeździliśmy z  G. po tej ziemi niczyjej (czyli terenach PKP). Do dojechaliśmy wtedy do Muzeum Kolejnictwa – z tym, że od drugiej strony, od zachodu. Zostaliśmy wylegitymowani, spisani, pouczeni i postraszeni mandatem i policją, po czym puszczono nas wolno. Zatęskniłem za tymi klimatami, zwłaszcza że nie potrwają już długo – i postanowiłem odnaleźć przynajmniej słynną kładkę nad torami oraz parking SM-42.

            Bajking był gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, a ja tymczasem sunąłem ulicą Świerszcza w sronę Globusowej. Dalej Wałowicką, przez Stare Włochy do Gniewkowskiej i Potrzebnej. Nawierzchnia – trylinka (kto wiedział że to polski wynalazek inż. Trylińskiego?) (http://pl.wikipedia.org/wiki/Trylinka) otoczenie industrialne, po bokach topole, na drugim planie bazy żwiru i tory. Minąłem kolejową instalację artystyczną pt. Warszawa Szczęśliwice (http://photo.bikestats.eu/zdjecie,117156,warszawa-szczesliwice.html) i nagle poczułem schabowego i zupę. Wywąchałem, że przy Gniewkowskiej znajduje się skupisko budynków kolejowych, ze stołówką ale też szczątkowymi ogródkami oraz domkami. Wygląda to jak jakieś małe miasteczko zagubione gdzieś w środku kraju - ale zapewnia niezbędne schronienie i wyżywienie złaknionym i zmęczonym kolejarzom. Tuż za nim jest rzeczona kładka – niestety już wyłączona z eksploatacji. Najbliższa czynna kładka podobnych rozmiarów (i kto wie czy nie z piękniejszym widokiem) – Warszawa Praga.


           

W okolicy stacjonuje dużo lokomotyw typu SM-42 (S=spalinowo M=manewrowych), moim zdaniem najładniej zaprojektowanych w historii polskiego kolejnictwa. Charakteryzują się tym, że wokół pojazdu jest coś w rodzaju balkonu, którym można obejść lokomotywę dookoła – albo na który maszynista może wyjść na papierosa.

Takie trochę cmentarzysko lokomotyw. W pobliżu, na ul. Mszczonowskiej znajduje się też szubienica z okresu II Wojny Światowej, zapomniane miejsce pamięci.

            Chłopaki z WTE (i inne chłopaki) pewnie przebijałyby się tą kładką (górą) ale mi z rowerem się nie chciało, przeprowadziłem go więc dołem. I wylądowałem na Woli, na ul.Jana Kazimierza, całkiem przyjemnej ulicy, która z dnia na dzień zmienia swój charakter z przemysłowej na mieszkaniową. Ostatnie chwile, by to zobaczyć. W międzyczasie napisał do mnie kolega, że chce na rower, więc umówiłem się z nim przy Arkadii, ale o tym już w następnym wpisie.

niedziela, 19 czerwca 2011

Kilka dni temu odwiedziłem służbowo Łódź. Po pracy poszedłem na miasto czyli jak prawdziwy turysta na ulicę Piotrkowską i zacząłem fotografować rowerzystów łódzkich. Zapraszam do obejrzenia krótkiego slajdowiska ze zrowerowanego miasta.

W Łodzi będę jeszcze dwukrotnie w najbliższym tygodniu. Jeśli jakiś rowerzysta łódzki chce się ze mną spotkać i pokazać fajne, rowerowe rzeczy w mieście to zachęcam do kontaktu ze mną.

sobota, 11 czerwca 2011

Autorem wpisu jest mój kolega, który poza tym że jest bliskim kolegą, jest również autorem bloga stanwewnetrzny.blox.pl i mieszka niedaleko mnie. Przy charakterystyce postaci wspomnieć należy również, że on bardzo lubi jeździć na rowerze. Zapraszam do lektury.

Bajking

Jak siedzę w domu, to mam głupie myśli, a że dużo siedzę w domu, to mam dużo głupich myśli. A jak jeździsz na rowerze, to wieje i te myśli trochę wywiewa. Dlatego pożyczyłem od autora blogu sakwy i wyruszyłem na wycieczkę.

Podlasie, ach, Podlasie! Ta kraina od dawna pachniała mi piaskiem, asfaltem, egzotycznymi nazwami miejscowości (Mordy, Łapy, Boćki – wszystkie w liczbie mnogiej), no i wyobraziłem sobie że jest w miarę w moim zasięgu.

Punktem, do którego chciałem dojechać była Święta Góra Grabarka, prawosławna Częstochowa. Wsiadłem więc w klimatyzowany pociąg KM do Siedlec i już po godzinie mknąłem na północ pasiastym asfaltem, napawając się odmiennością otoczenia i świeżym powietrzem.

 

duńska cola w puszce, tymbark furmint 0,33 (nie do dostania w Warszawie), kąpiel na dziko w Bugu, tak właśnie się nawadniałemPrzeważnie omijam główne drogi, nawet te zaznaczone na mapie na żółto (krajowe). Nie mam problemu z jazdą po ulicy (w Warszawie jeżdzę tylko jezdnią) ale poza miastem wolę mieć to, czego w mieście nie mam: spokój i poruszanie się środkiem drogi.

Skierowałem się na północny wschód, na Korczew, a potem wzdłuż Bugu do mostu kolejowego, którym przeszedłem na drugą stronę. Stamtąd do Grabarki jest już ok. 10-15 km. Po drodze oczywiście zatrzymywałem się w celu nawodnienia zewnętrznego (kąpiel w rzece), wewnętrznego (napoje) oraz niekiedy oddania nadmiaru wody w krzaki.

Paski na asfalcie skończyły się po kilku kilometrach, a po kilkunastu następnych za Korczewem, asfalt skończył w ogóle. Jechałem żwirówkami, żużlówkami, trochę piaskiem. O ile zazwyczaj trudna powierzchnia mi nie przeszkadza, to na dłuższym wyjeździe, przy dodatkowym obciążeniu sakwami, tylne koło ma tandencję do zakopywania się. Mam rower miejski, który doskonale radzi sobie w lesie, na drogach polnych etc, jednak obciążenie wpływa niekorzystnie na jazdę po innych drogach, niż płaskie i asfaltowe. Ja z kolei znakomicie radzę sobie z podjazdami i górkami ale tylko jeśli występują one raz na jakiś czas. Po dziesiątej górce straciłem siły i tempo spadło mi do ciut tylko szybszego niż piesze. W dodatku zadzierając nogę podczas wsiadania na rower rozdarłem sobie spodnie i jechałem z wielką dziurą na udzie.

I tak, w upale i dziurawych spodniach, po około 70 kilometrach dojechałem do Grabarki, miejsca o którym sam Paulo Coelho powiedział że ma moc, i gdzie w 2002 roku, jak podaje oficjalna strona internetowa klasztoru obmył się w strumieniu płynącym u podnóża Świętej Góry oraz otarł twarz chustką. Ja nie miałem chustki, w dodatku w dziurawych spodniach nie chcieli mnie wpuścić do cerkwi, więc tylko napiłem się wody z cudownego źródełka, obszedłem dookoła górę, wysłałem poczówki i zastanawiałem się, co robić dalej.

Byłem zmęczony, a temperatura sięgała trzydziestu kilku stopni, kusiło mnie więc, aby wsiąść do powrotnego szynobusu do Siedlec. Bajking doradził mi jednak, by spróbować jechać dalej. W moich śmiałych planach miałem ochotę tego dnia dojechać do Hajnówki, a następnego do Białegostoku, zahaczywszy o zalew Siemianówka. Ruszyłem. Górek i dołków było coraz więcej, jechałem więc powolutku, myślę że średnio 14 km/h.

Jak tak człowiek jedzie samotnie to myśli sobie o różnych rzeczach. Albo gada do siebie. Albo śpiewa. Ja śpiewałem m.in.: Wesołe jest życie staruszka, Zombie, High hopes, litanię czerwcową z własnym tekstem, a ze zmęczenia, zupełnie nie wiem skąd, przyszło mi do głowy nazwisko czeskiego piłkarza: Sjonko. Libor Sjonko, Libor Sjonko – powtarzałem w myślach, dziwując się nad bogactwem samogłosek i zmiękczeń. Przypomniała mi się też nasza stara piosenka, której refren nuciłem ile sił w płucach. Tak nucąc dotarłem jakieś 20 km przed Hajnówkę, gdzie straciłem siły i poszedłem spać w najbliższym zagajniku sosnowym.

tak pewnie wyglądałem w oczach odyńca z pobliskiego lasu, komary nie chciały pozować do zdjęcia

Nigdy nie kupowałem niczego na komary. Myślałem: przesada, jeszcze nikomu od paru ukłuć nic się nie stało. Ale po tamtej nocy zieniłem zdanie. Te małe sk.syny nie dały mi zasnąć. Kąsały w każde odktyte miejsce, wchodziły do nosa i ucha. To był koszmar! Nie znały litości, cały czas musiałem się odganiać i nie zmrużyłem oka. Nawet odyniec którego słyszałem w pobliskim lesie grzecznie sobie poszedł, a to cholerstwo sprawiło że jak tylko wzeszło słońce, niewyspany wsiadłem na rower i pojechałem aż nad Siemianówkę. Tam wykąpałem się w zalewie i ruszyłem w stronę Białegostoku. Pogoda była wymarzona: ciepło, trochę chmur - jak drut! Jechało się i jechało, przez Hieronimowo, na Zabłudów. Śledziła mnie chmura ale nie wierzyłem że pogoda może się załamać.

wiata, której nie było i chmura, dzięki której zintegrowałem się z krowamiMyślałem że ucieknę, ale chmura mnie jednak dopadła. Nie lubię jeździć w deszczu, więc poszukałem schronienia. W pobliżu nie było żadnej wiaty autobusowej, więc schroniłem się w wielkiej oborze. Krowy patrzyły na mnie podejrzliwie a po jakichś czterdziestu minutach zaczęły zaprzyjaźniać się z rowerem. Gdy odjeżdżałem, wydawało mi się, że już mnie lubią bo wszystkie wyszły się pożegnać.

krower

Im bliżej Białegostoku, tym bardziej pachniała mi kiszka ziemniaczana. Niestety, nigdzie po drodze nie znalazłem jadłodajni, więc musiałem zadowolić się pampuchami z kapustą (mniam) popitymi kefirem.

W Białymstoku są ładne dziewczyny, czyste powietrze ale dla rowerzystów nie jest to miasto przyjazne. Zdaje się że kierowcy nie za bardzo potrafią się zachować wobec o, takich o. A to krzyczą, a to trąbią, a to nie zachowują przy wyprzedzaniu metrowej odległości. Nawet hipster (jedyny na jakiego trafiłem) jechał chodnikiem na swojej kolarce. Kolejarze też nie wiedzą co zrobić z rowerzystą. Na dworcu pan ochroniarz poświęcił pół godziny, by wytłumaczyć mi dlaczego nie mogę wejść do środka z rowerem. Ale i na wschód doj(e)dzie rowerowa cywilizacja! Na stacji kolejowej znalazłem jedną budkę, gdzie podawali babkę ziemniaczaną (pycha!), popiwszy sokiem brzoskwiniowym z butelki z zielonego szkła, wsiadłem do pociągu i odsypiając noc wróciłem do zwykłego życia .

Co warto mieć ze sobą (oprócz roweru):

pieniądze (nie kartę), narzędzia do naprawiania roweru, COŚ NA KOMARY albo moskitierę, czapkę (wiem że w czapce wygląda się idiotycznie, może nawet idiotyczniej niż w kasku ale chroni przed udarem), krem z filtrem, ZAPASOWE SPODNIE, jak najmniej rzeczy – bo każde 200 gram więcej to jak głosi ukraińskie przysłowie ileś tam kilo ciężej przy podjazdach. Nie ma takiego przysłowia? Hm, a myślałem...

Podsumowanie:

Przejechałem 220 km, wydałem dużo pieniędzy – głównie na napoje, jedzenie i bilety. Nie miałem czasu na głupie myśli, rower dał mi złudzenie doraźnego celu. Taka jazda uczy też przebywania z samym sobą i daje wiarę że jak by nie było to, człowiek da sobie radę.

Towarzystwo jest mile widziane lecz nie tak zupełnie konieczne. Najbardziej boli tyłek, mnie też drętwieje lewa dłoń, mimo że zmieniałem położenie rąk na kierownicy. Jakiekolwiek niedoróbki, niedokręcone błotniki, brzęczący dzwonek warto naprawić przed wyjazdem, gdyż na długim dystansie to wszystko się potęguje, wzmaga i przeszkadza bardziej niż zwykle.

W ogóle to nie jestem rowerzystą wytrawnym, wycinakiem, wyprawowcem, sprinterem ani wytrzymałościowcem – więc spytacie pewnie co robię na tak fachowym, wyprawowym blogu. Ano, wprosiłem się. Pomyślałem sobie że przecież nie wszyscy mają uda z żelaza, kondycję ze stali, a płuca z tytanu, i taki właśnie popularyzatorski charakter ma mieć ten wpis. Właściwie każde bycie w ruchu jest dobre. Bieguni o tym dobrze wiedzieli – wierzyli że do człowieka, który jest w ruchu zło ma trudniejszy dostęp. Coś w tym jest.

stanwewnetrzny.blox.pl

sobota, 23 kwietnia 2011

Co: przejażdżka rowerowa

Gdzie: Hrubieszów, woj lubelskie.

Kiedy: Wielka Sobota, 23 kwietnia 2011

Dystans: 10 km więcej

Foto: kolaż z programu Picassa. Więcej

Odwiedzone: Kuźnia rowerowa , polecam

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wydawałoby się, że rowery składane to rowery na miasto. Do dojazdów do pracy, szkoły, sklepu. Zupełnie niegroźne dla innych jednośladów. Snują się powoli, małe kółka z trudem połykają kolejne metry drogi. Studenci na ostrych kołach i holendrach z cynicznym uśmieszkiem wyprzedzają na gazetę, dzieci komentują: "Ale tandeta, mój full (z hipermarketu) jest lepszy". Czyżby?

Dahon Jack D7

W zeszły weekend w moje ręce wpadł składany rower MTB.

Dahon Jack D7 to próba połączenia pełnoprawnego roweru MTB z rowerem składanym. Muszę przyznać, że całkiem udana. Co prawda brak w nim amortyzacji jednak balonowe opony Schwalbe z powodzeniem przejmują jej rolę. Od razu chciałem się przekonać co to cudo potrafi i pomimo niepewnej pogody pojechałem na tor crossowy.

 

 

 

 

Już pierwsze zjazdy uświadomiły mi, że to nie jest spokojny rowerek. Obudziła sie we mnie dusza prawdziwego kolarza górskiego. I to na składaku! Rower wymęczyłem w każdy możliwy sposób - zjazdy, podjazdy, podskoki, jazda po zapiaszczonym łuku  - i w rezultacie kilka wywrotek. Tylko nie mówcie nic właścicielowi firmy - obiecałem nie szaleć na sprzęcie.

W końcu poległem zmęczony na ziemi i przysnąłem. Gdy się przebudziłem przyszła pora na refleksję. Rower nie nadaje się do jazdy po mieście. Jego domem jest teren i - co według mnie ciekawe - 7 biegów w zupełności wystarcza do tego. Oczywiście nie jest to sprzęt do DH, ale jeśli ktoś planuje zakup roweru, który z jednej strony nadawałby się do ostrzejszej jazdy, a z drugiej mieściłby się w bagażniku zwykłego samochodu (lub w małym mieszkaniu) to warto pomysleć o tym Dahonku.

Jeśli mówić o wadach to znalazłem jedną. Przerzutka SRAM 3.0. Wychowałem się na Shimano i muszę stwierdzić, że płynność przełożeń w SRAM-ie pozostawia wiele do życzenia. Być może to kwestia odpowiedniej regulacji, której nigdy nie byłem mistrzem. Przerzutka "łapie" kolejne biegi z trudem , nie jest nawet tak dokładna jak np. popularna Shimano Alivio.

Po ukończonym teście znów zaczęło padać.... W strugach deszczu wróciłem do domu.

niedziela, 27 marca 2011

 

Wybrałem się dziś na rower. Przypadek i brak celu skierowały mnie nad Wisłę, w miejsce, w którym nie byłem ładnych kilkanaście lat. Były kompleks basenów przy Wale Miedzeszyńskim 407 - WOW Wisła wygląda dziś tak:

W czasach peerelowskiej świetności te same miejsca wyglądały zupełnie inaczej. I nieważne że pora roku podczas której wykonano zdjęcia była inna....

Baseny obecnie dzierżawione są od miasta przez spółkę „Domex Bulwary Saskie”, która w związku z zalaniem basenów przez zeszłoroczną falę powodziową wydała komunikat o zamknięciu kompleksu. Teraz zamiast miłośników wodnego relaksu , można co najwyżej spotkać tam fanów libacji alkoholowych i orgii seksualnych – bywalców położonej kilkadziesiąt metrów dalej dyskoteki Blue Star (obecnie H2O).

Oglądając archiwalne zdjęcia obiektu nie trudno zauważyć jak blisko od niego była Wisła - zaledwie kilkanaście metrów. Obecnie wskutek zaniedbań służb miejskich od rzeki dzieli nie tylko betonowy bulwar lecz również kilkadziesiąt metrów krzaków.



Czy Warszawa celowo odwróciła się od rzeki czy to tylko smutna dziejowa konieczność? Czy kiedyś jeszcze będę mógł w lipcową sobotę wybrać się na piechotę, w klapkach i z ręcznikiem na basen mojej młodości, a potem usiądę z dziewczyną na prawobrzeżnym bulwarze i popatrzę na Wisłę pijąc butelkę zimnego piwa? Szczerze mówiąc nie sądzę. Pozostaje mi usiąść przed telewizorem i oglądać zakończenie kariery człowieka, której nigdy by nie było, gdyby Wisła odwróciła się od gór.

 

Zobacz także:

Galeria zdjęć z eksploracji basenów WOW Wisła - Plaża nad Wisłą

Więcej archiwalnych fotek Warszawy


piątek, 18 marca 2011
Nadchodzi wiosna – ulubiona pora roku wśród rowerzystów i … złodziei rowerowych. Na rowerowych forach internetowych trwają nieraz zażarte dyskusje nad sposobami uchronienia swojej własności przed kradzieżą. Przeważają oczywiste metody takie jak przypinanie go dobrym zapięciem rowerowym do elementów miejskiej infrastruktury – stojaków rowerowych, różnych słupów i barierek, nie pozostawianie swojej własności bez nadzoru, znakowanie rowerów czy – o wiele rzadziej – wykupywanie specjalnych ubezpieczeń od kradzieży. A co jeśli żadna z nich nie przypadnie nam do gustu? Pozbawmy rower atrakcyjności w oczach złodzieja!
czwartek, 24 lutego 2011
Razem z Al postanowiliśmy wspiąć się na Kasprowy Wierch. Zadanie w warunkach letnich dość łatwe. Zielony szlak - sprawa prosta. Jednak w zimie sprawę komplikują dwa czynniki - śnieg i jeszcze więcej śniegu.
wtorek, 22 lutego 2011
Bajking po niezmiernie wyczerpującej akcji promocyjnej roweru Strida udał się na zasłużony odpoczynek w Tatry.
środa, 26 stycznia 2011
wtorek, 28 grudnia 2010

Zima.

W Warszawie ścieżki rowerowe zniknęły zasypane białym puchem i skute lodem. Na stronach i forach internetowych poświęconych tematyce rowerowej aktywiści rowerowi biją na alarm. Oskarżają ZDM, władze miasta, służby oczyszczania czyli wszystkich, którzy mogą mieć wpływ na ten stan rzeczy. Powołują się przy tym na model holenderski, gdzie trasy rowerowe traktowane są na równi z drogami - oczyszczane, remontowane, zadbane. W zimie specjalne pługi "chodnikowe" zgarniają z nich śniegi lód. Tylko czy to u nas faktycznie potrzebne...

W Warszawie liczba przejazdów rowerowych nie przekracza 2% ogółu podróży miejskich. W sezonie zimowym ten odsetek spada jeszcze bardziej.Dla porównania w Amsterdamie codziennie jeździ na rowerze ok 30% mieszkańców. Praktycznie niezależnie od pory roku. Dlaczego tak jest?

Jednym z powodów jest zapewne klimat. Średnia temperatura stycznia w Holandii wynosi od 1 do 3°C. W Polsce - od 0 do -5°C. TO nie jest aura przyjazna rowerzystom. Wypada też wspomnieć o kwestii społecznej - w Holandii widok rowerzysty na ulicy w grudniu nie wywołuje zdziwienia. W Polsce jest inaczej. Większość naszego społeczeństwa jest ograniczona umysłowo. Na dodatek ta większość mieszka poza Warszawą (tak, tak!), a tam zdziwienie szybko przeradza się w ksenofobię i różne formy agresji. Zimowego rowerzystę dotyka więc nie tylko śnieg i mróz, ale również ostracyzm społeczny, który bywa silniejszym demotywatorem niż pogoda.

Zima to nie jest pora dla rowerzystów. Rowery stoją w piwnicach i na balkonach, ścieżki rowerowe są więc zasypane śniegiem bo nie ma potrzeby ich odśnieżania. Odśnieżanie to męczące zajęcie, a nikt z nas nie lubi przecież męczyć się robiąc coś niepotrzebnego. Nie odśnieżajmy ścieżek zimą dopóki na ulicach nie ma rowerzystów.

środa, 15 grudnia 2010
sobota, 06 listopada 2010
BGŻ Arena w Pruszkowie została oddana do użytku w 2008 roku. Pamiętam, dostałem wtedy od koleżanki ze studiów sms-a, że chętnie wybrała by się ze mną na rozgrywane tam po raz pierwszy Mistrzostwa Europy w kolarstwie torowym. Niestety nie mogłem. Poprawiłem się dziś, wsiadłem z kolegą Marcinem do kolejki WKD i za 4,80 zł dotarłem do Pruszkowa. Trafiliśmy w dziesiątkę. Super atmosfera, jeden z najnowocześniejszych obiektów kolarskich w Europie i śmietanka europejskiego kolarstwa. A nawet krótkie spotkanie z panem Czesiem Langiem...

Mistrzostwa Europy rozgrywane są od piątku do niedzieli. Jeśli ktoś chce tam wpaść to informuję, że jutro od godz 10tej do 15tej obowiązuje wstęp wolny. A jeśli ma się przy sobie porządny aparat, profesjonalną aparycję i odrobinę przebojowości to jest szansa, aby zostać za darmo do końca zawodów. Honorowy patronat nad imprezą objął prezydent RP Pan Bronisław Komorowski.
sobota, 30 października 2010

Dziś, jak w każdy ostatni piątek miesiąca, spod kolumny Zygmunta wyruszyła Warszawska Masa Krytyczna. Zwykła, a zarazem niezwykła. Oto bowiem przybyło na nią trzech zbłąkanych jeźdźców. Wszyscy z nich walczyć będą niebawem o fotel najważniejszej osoby w Warszawie. Dziś każdy z nich walczył o przychylność warszawskich rowerzystów w zbliżających się wyborach samorządowych.


W zasadzie nie ma sensu przytaczać tego co mówili. Hasło przewodnie - w Warszawie jest za mało ścieżek rowerowych. Argumentację każdego z kandydatów można przedstawić w jednym zdaniu:

W.Olejniczak - w Warszawie jest za mało ścieżek bo ... dotąd nie było tak wylaszczonego prezydenta Warszawy jak ja.

Major Fydrych - w Warszawie jest za mało ścieżek bo ... w Polsce nie oddziałuje na ludzi hasło wielkiej miłości.

C. Bielecki - w Warszawie jest za mało ścieżek bo .... Hanna Gronkiewicz Waltz woli zatrudniać nowych urzędników w ratuszu.



Ważniejsze od tego co mówili było to na czym przyjechali. Olejniczak stawił się na masie rowerem Gazella. Chwalił się, że rower ten jest starszy od niego. I chyba dodatkowo obdrapał go z lakieru, żeby upewnić się że będzie wyglądał gorzej od właściciela. Major Fydrych - zachował się podobnie. Przyjechał na starej damce. Jego twarz zaś zdradzała brak podstawowych zabiegów kosmetycznych, co dodatkowo upodobniło go do roweru. Jedynie pan Bielecki wybrał inną drogę. Czerwony rower typu Cruiser, stylowy szalik, elegancki płaszcz. Chyba wyczuł, że lansowanie się na rowerach holenderskich dobiega w naszym kraju końca i postanowił coś zmienić w wizerunku - do mnie trafił. Choć na niego nie zagłosuję.

Wszystko by było dobrze gdyby za ich postawą i słowami za kilka miesięcy poszło działanie. Przed wyborami w 2006 roku na Warszawską masę krytyczną zawitała pani Hanna Gronkiewicz Waltz. Swoje naobiecywała, wybory wygrała, a nowej jakości w poruszaniu się rowerem po stolicy jak nie było tak nie ma. Cała para poszła w gwizdek. I obawiam się, że tym razem będzie podobnie.





wtorek, 26 października 2010
Czy mieliście kiedyś jadąc rowerem uczucie, że zaraz wasze serce eksploduje? Prawdopodobnie właśnie wtedy jego rytm zbliżał się do swojego maksimum. W medycynie sportowej taki punkt nazywa się tętnem maksymalnym(HRmax). Łatwo można obliczyć tę wartość odejmując od liczby 220 swój wiek. Tak więc 30 letni Tomasz ma tętno maksymalne 220 – 30 = 190 uderzeń na minutę, a 60-letnia pani Jadwiga : 220 - 60 = 160 uderzeń. Po przekroczeniu maksymalnego tętna w organizmie zaczyna gromadzić się kwas mlekowy, co w naszym odczuciu wywołuje bóle mięśni, ogólne osłabienia i uczucie nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Jeśli naszym celem nie jest złoto olimpijskie podczas wysiłku warto utrzymywać rytm skurczów mięśnia sercowego w przedziale 65 – 85 % HRmax. Tylko jak to policzyć?
poniedziałek, 04 października 2010

Rowerzystą jestem od wielu lat. Już nawet nie do końca pamiętam w jakich okolicznościach wyciągnąłem rower z garażu rodziców z myślą o pojechaniu na dłuższą wycieczkę. Wiem na pewno, że zaproponował mi to Grzegorz. I złapałem bakcyla.

Od tamtego czasu - a było to wiele lat przed medialną gorączką rowerowania - rower nie tylko służył mi do wypraw i wycieczek, ale też do zwyczajnego jeżdżenia po mieście. A wtedy to była nowość. Niespotykane - student jedzie rowerem na uczelnie, podatnik na rowerze zawozi zeznanie podatkowe do urzędu, klient jedzie do sklepu po mleko rowerem. Byłem rowerzystą totalnym. Na ulicach - szatanem dwóch kółek, z pogardą patrzącym na wozityłki w blachosmrodach, bezpardonowo ignorującym przepisy ruchu drogowego.

Z czasem coś we mnie pękło. Pedałując cierpiałem. Przestałem czuć przyjemność z jazdy. Etykieta rowerzysty jaką nadali mi znajomi zaczęła uwierać, tu i ówdzie powodując nieprzyjemne obtarcia. Ale jeździłem. Myślałem - to przeminie. Założyłem bloga żeby swój zapał podsycać, a etykietę jeszcze mocniej umocować na butelce.

W którymś momencie wszystko wzięło w łeb. Klej się odkleił. Rower wyciągałem coraz rzadziej, w końcu zostawiłem. Dla zwykłego człowieka kilku miesięczna przerwa w jeździe to norma. Dla mnie 3-4 miesiące bez roweru to wieczność.

I wtedy to się stało. Kolega z pracy zaproponował piłkę nożną. Pomyślałem - czemu nie. W piłkę ostatni raz na poważnie grałem chyba z 7 lat temu. Ale wewnętrznie czułem potrzebę solidnego woleya, dryblingu, rywalizacji, krzyku kolegów z drużyny ganiących za złe podanie, albo chwalących za dobry występ.

Początek był trudny. Ba, to mało powiedziane! Był tragikomiczny i morderczy w skutkach. Przez 4 dni po meczu nie mogłem unieść nogi - nigdy wcześniej nie miałem aż takich zakwasów. Styl gry również nie napawał optymizmem. Bezsensowne podania, a raczej kopnięcia-gdziekolwiek piłki. Dużo straconych piłek. A jednak nie poddałem się. Zacząłem grać systematycznie raz , dwa razy w tygodniu.

I wpadłem. Teraz budząc się każdego ranka myślę o piłcę, o dobrych podaniach, cieszę się z każdego udanego dryblingu i dobrego wystawienia piłki. Moja dokładność poprawiła się, w niektórych meczach wręcz błyszczałem błyskotliwością względem reszty mojego teamu. Zacząłem organizować mecze umawiając kolegów na boisko.

Cóż. Jestem nałogowcem. Cokolwiek mi się spodoba robię to ma maksa odstawiając resztę aktywności życiowej w ciemny i zapomniany kąt. Teraz gram. Kupuję kilka razy w tygodniu Przegląd Sportowy, oglądam dużo meczów w tv, śledzę polską ekstraklasę, rozkoszuję się dobrymi decyzjami Franka Smudy i dobrymi strzałami Rudnevsa. I pytam się - co do cholery gra Menzega w mojej niegdyś tak ukochanej Legii Warszawa.

Jednak rower coraz częściej mi się śni. Odczuwam narastającą potrzebę zakupu dobrego i lekkiego cross-a i wyciskaniu siódmych potów na ulicach Warszawy. A trzeba Wam wiedzieć, że po kilku miesiącach gry w piłkę nożną, mój puls, mierzony systematycznie dzięki pulsometrom, które w zatrważającej ilości otrzymałem od Hihawy, nieustannie zbliża się ku magicznej liczbie 50 uderzeń serca na minutę w stanie spoczynku.

O pulsometrach i sprawach związanych z rytmem serca w sporcie będzie poświęcony mój kolejny wpis, który już niebawem ukaże się na łamach blogu.

A teraz - wybaczcie - Przegląd Sportowy czeka !

22:57, bajking
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Decoupage Blog Świat Według Asket
Bractwo Jachtowe
TopLista - Wyprawy Rowerowe