Na rowerze

Wpisy

  • wtorek, 31 grudnia 2013
    • Kotlina Kłodzka na rowerze

      Oj, ileż to ja rzeczy wiszę różnym ludziom! No dobra, nie aż tak dużo. W każdym razie na pewno wiszę wpis o ostatniej wycieczce rowerowej. I mnie to kłuje w serce jak tylko o tym pomyślę. Mijają kolejne miesiące, a ja nic. Odkładam i odkładam.


      Pokaż Kotlina Kłodzka na rowerze na większej mapie

      W lipcu, miesiąc po ślubie (tak, tak, po ślubie) wybrałem się z małżonką w kierunku Wrocławia. Do BMW zapakowaliśmy dwa rowery i trochę sprzętu. Sam nie wiem jak to się wszystko pomieściło w kompakcie, ale daliśmy jakoś radę. Po pięciu godzinach podróży wylądowaliśmy w mieście czterystu mostów. Był już późny wieczór, precyzyjnie: północ.  Przenocowaliśmy u mojego krewnego na Biskupinie.

      O poranku wypakowaliśmy rowery, przytroczyliśmy sakwy i ruszyliśmy. Pierwszy przystanek to oczywiście sklep rowerowy i zakup kilku przydatnych drobiazgów jak dętki. Gość przede mną kupował siodełko Brooksa z niezliczoną ilością sprężyn. Kosztowało jakieś 2 mln złotych. Mimo to napaliłem się na nie. Do tego stopnia, że jeszcze go nie kupiłem.

      Na początku oczywiście przymusowy przejazd mostem grunwaldzkim, a potem przymusowy McDonald na Rynku.  Pierwszy z dwóch tego dnia.

      Było naprawdę gorąco. Wystarczyło oddychać żeby się solidnie spocić, a co dopiero pedałować. W takiej sytuacji trzeba podobno dużo pić. Chociaż to wydaje się bezsensowne - no bo jak się dużo pije to się dużo poci. A jak się nie pije to się nie poci.  A lepiej się nie pocić niż pocić. Logiczne, nie?

       

      Posiedzieliśmy trochę na Rynku i poobserwowaliśmy strażników miejskich wlepiających mandaty za jazdę na rowerze. Nie wiem co za idiota wymyślił tak idiotyczny przepis. Zapewne prezydent albo premier Wrocławia. Jeden z nich na pewno. Wiem, bo idiotów nie sieją. Idiotów wybierają.

      Posileni i wysikani ruszyliśmy w skwarze i znoju, aby tylko opuścić to dziwne miasto, które kojarzy mi się z kłódkami, zakazem jazdy rowerem, burdami kiboli ze Śląska Wrocław, fryzjerem i innymi zaskakującymi zjawiskami. Miasto takie ach i och, innowacje, postęp. A jednak wyczuwam słomę z butów i Dyzmę.  Wolę już wschodnią ścianę - tam jest słoma z butów, ale nikt nie próbuje udawać że jest inaczej.

      Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na Bielanach (lesie bielańskim ?) w supermarkecie około A444. Zakupy były niezłym pretekstem do ochłody w klimatyzowanej hali. No i kupiłem fajne klapki i czapkę.

      W końcu wyruszyliśmy w stronę gór. Niestety pierwsze 20 km jechaliśmy trasą numer 8. Chociaż była to sobota to ruch był poniedziałkowo-piątkowy. Do tego upał lejący się z nieba i dolnośląskie stojące powietrze.  W końcu na jednym z postojów postanowiliśmy pierwszym możliwym zjazdem znaleźć alternatywną drogę. Za Jordanowem Śląskim skręciliśmy w kierunku Ślęży. Droga wiodła tuż u wybrzeży góry. Ślęża to w ogóle bardzo fajna góra która wyrasta z płaskiego krajobrazu płaskowyżu dolno wrocławskiego niczym kaktus z piasków pustyni.

      Alternatywna wiodła przez małoznaczące wioski, w których najistotniejszym wspólnym mianownikiem były stare stodoły przerobione na domy. Wygląda to na sui generis kompleks stodolniano -mieszkaniowo-gospodarczy, którego wszystkie elementy zlane są w jedną foremną bryłę. Bardzo przyjemna konstrukcja. Sui generis.

      Chciałem pierwszego dnia dojechać, aż do Radkowa. Jednak upał i pierwszy dzień wycieczki i marzenie prysło jeszcze wiele kilometrów przed półmetkiem. Dzień pierwszy skończyliśmy w Dzierżoniowie, po przejechaniu 70 km. Nocleg zarezerwowaliśmy przez Internet. Pokój z łazienką w domku jednorodzinnym pochłonął 80 złotych. Zza łóżka śmierdziało padliną.

      Dzień drugi nie był już tak upalny. Za to kilka km za Dzierżoniowej rozpoczęła sie wspinaczka pod masyw Gór Sowich. Początkowo wszystko szło fajnie, delikatny podjazd i las. Cień był naprawdę kojący. Kiedy droga zaczęła się wić, a nachylenie zwiększać zeszliśmy z rowerów i zaczeliśmy je prowadzić.

      W ogóle prowadzenie rowerów pod górę jest tematem na odrębne opowiadanie. Ja w swoim życiu prowadziłem rower już kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt razy) Za każdym razem był on dodatkowo obciążony sakwami co wcale nie ułatwiało zadania. Technik prowadzenia jest bardzo dużo - można robić to wolno, można szybko, nachwytem lub podchwytem, ciągiem albo pychem, za kierownicę , siodło albo bagażnik. W zasadzie ilu rowerzystów tyle sposobów. Może znajdzie się kiedyś ktoś na tyle odważny, aby opisać problem prowadzenia roweru w trudnych warunkach terenowych.

      Moja żona strasznie była zła że tak ciągniemy te rowery. No ale co ja mogłem poradzić. Nie zrobię ani chłodniej, ani lżej. Mogę co najwyżej zatrzymywać się na odpoczynek co kilka minut. W końcu po godzinie wdrapaliśmy się na najwyższy punkt. Był tam parking leśny, usiedliśmy na dłuższy odpoczynek. Byliśmy tak zmęczeni, że zupełnie zapomniałem że znajdujemy się na górze w której hitlerowcy  stworzyli system podziemnych sztolni. Owiany tajemnicą kompleks Riese jeszcze wiele lat po wojnie rozgrzewa umysły poszukiwaczy skarbów i fantastów. Ciekawe, naoglądałem się na YT filmów o tym obiekcie, przewertowałem sporo stron o nim, a jak tu jestem w zupełnym pobliżu to mam ochotę tylko na coca-colę i zimny prysznic. Cały urok wypraw rowerowych.

      Do Nowej Rudy już się nie męczyliśmy - kilka kilometrów zjazdu. W mieście zjedliśmy na ławeczce przy domu kultury, po czym ruszyliśmy dalej.  Udało nam się odnaleźć przypadkiem rynek na którym zjedliśmy lody z Zielonej Żabki. Konsumując przysłuchiwaliśmy się dyskusji dwóch dresiarzy.

      - No co Ty robisz takie numery!?

      - No kurwa, jakie?

      - Dzwonię do Ciebie, telefonuje, a Ty telefonu nie odbierasz. A ja dzwonię przecież.

      - Bateria mi padła. Poszedłem tam pod blok, miałeś być przecież.

      - No jak kurwa! Ja dzownię, telefonuję przecież! Wiesz co, masz, jebnij se cole. Upał taki, no na zgode jebnij.

      Kolega sobie jebnął colę, a my z Alicją jebneliśmy w pedały, żeby nie jebnąć ze śmiechu.

      Do Radkowa dojechaliśmy bez komplikacji. No może poza jednym podjazdem/podejściem w Tłumaczowie. Pierwszy raz w życiu prowadziłem pod górę dwa rowery.

      Nocleg w Radkowie zarezerwowaliśmy w gustownej XIX wiecznej kamienicy na rynku. Apartament - z wysokim sufitem - 120 zł. Rowery na półpiętrze. Było przyjemnie chłodno, choć bez klimy.

      No i tak dzień po dniu zbliżaliśmy się do Kudowy Zdrój. Tuż za Radkowem rozpoczął się podjazd pod centralny masyw Gór Stołowych. Urocze serpentyny zanurzone w bukowym lesie (strzelam że bukowym, dla mnie drzewo to drzewo, ale buki zawsze kojarzyły się z górami) zostały przez kogoś mądrego nazwane drogą stu zakrętów. Kilka miesięcy wcześniej zobaczyłem tą trasę w jakimś programie motoryzacyjnym i strasznie chciałem nią przejechać na rowery. Udało się.

      Po drodze zatrzymaliśmy się na fotkę u stóp Szczelińca Wielkiego. Korzystając z okazji krótkiego odcinka postanowiliśmy  również wejść na Błędne Skały. Rowery zostawiliśmy na parkingu. Błędne skały są obłędne. Opisywać ich nie będę. Niech zajmie się tym Pascal wraz z Okrasą.

      W Kudowie zatrzymaliśmy się w hotelu o wdzięcznej nazwie Buenos Aires. Ceny przyzwoite, obsługa bardzo miła. Śniadanie bardzo smaczne. Po rozpakowaniu bagażu  i prysznicu poszliśmy na miasto. Były wody zdrojowe, piwo i kilka innych atrakcji m.in. bankomat. Wieczorem mieliśmy burzę.

      Jak się jest w Kudowie to powinno się obejrzeć kaplicę czaszek. I myśmy tak zrobili kolejnego dnia. Miejsce robi wrażenie ze względu na czaszki i kości. Wejścia są organizowane kiedy zbierze się grupa i kosztują około 10 zł. Wewnątrz jest ciasno i bywa że duszno. Ale to tylko potęguje efekt.

       

      Od kilku dni zmagałem się z erozją opony. Tylna opona przetarła się tak, że było widać dętkę. Zakleiłem oponę taśmą klejącą, ale ta przecierała się nawet szybciej niż opona. Poza tym taśma utrudniała hamowanie. W Kudowie w sklepie technicznym na wystawie zobaczyłem oponę rowerową. Zaszedłem i kupiłem ją za 30 zł. Taniocha.

      Nie chcieliśmy jechać drogą krajową więc kilka kilometrów za Kudową skręcilismy w alternatywę. Wymagała od nas sporej wytrwałości nie dość że prowadziła pod górę to jeszcze w czasie jazdy zaczęło padać. Podjazd nie był na szczęście jakiś bardzo stromy, do tego dobry asfalt i zabudowana okolica. Problemem były natomiast duże pojazdy które co pewien czas przewoziły jakiś ciężki ładunek to na górę to na dół. Chuj wie po co, ale jeździły.

       

      W Dusznikach Zdrój spędziliśmy około godziny. Nad Bystrzycą Kłodzką usiedliśmy na ławce i zjedliśmy pyszny obiad. Jogurt, bułka, półlitrowa pepsi w puszce(!) i kilka innych smakołyków kupiłem w Żabie oddalonej o 100 metrów od ławki. Tym razem żona nie napisała mi kartki co kupić - konsultacje prowadziłem przez walkie-talkie.

      Kierowaliśmy się do Bystrzycy Kłodzkiej. Pod drodze rozmyślałem o sensie blogowania. No bo tak - nikt za to nie płaci, a roboty duży. Muszą być zdjęcia, trzeba pamiętać trasę wycieczki, pamiętać co się ciekawego wydarzyło po drodze, jak ktoś bardziej ambitny to i przewodniki przeczytać trzeba żeby później opisać miejsca w których się było. O ile zdjęcia czasem się robi to czytanie przewodników, historii odwiedzanych rejonów to nie jest zajęcie, które mnie pasjonuje. Ja chce po prostu przejechać jakąś trasę, zmierzyć się z niedogodnościami i porozkoszować czasem spędzonym poza wielkim miastem. Lubię też poczuć, że poza Warszawą jest życie. Natomiast nie czuję się na opisywanie tych miejsc, przeżyć, warunków. Napisanie jednego kiepskiego zdania zajmuje mi zazwyczaj 5 minut. 5 minut! I to nie jest nic szczególnie wysublimowanego, ot, strumień świadomości. Jak staram się zrobić coś bardziej w stylu Pascala-Okrasy to wychodzi to zupełnie niezjadliwe. Sztuczne jak burgery w Maku.

      Z drogi do Bystrzycy mogę polecić alternatywę ósemki oraz trasę Szczytna - Polanica. Pierwsza z nich to stara droga główna położona kilkadziesiąt metrów nad drogą krajową. Rozciąga się z niej wspaniały widok. Nie jest długa - jakieś 5 km - za to zupełnie pusta. W Szczytnie trzeba przekroczyć morderczą ósemkę i podążać na południe drogą wzdłuż torów kolejowych i rzeki. Po kilkunastu minutach wyjeżdża się z miasta i czeka nas długi, bukowy zjazd do Polanicy. W szumie bystrej wody. Bardzo przyjemna trasa rowerowa.

      Z Polanicy niczym szczególnym dojechaliśmy do naszego noclegu w Bystrzycy Kłodzkiej. Droga 388 raczej luźna i raczej w dół. Po lewej stronie masyw Gór Bystrzyckich. Po prawej - rozległy rzut na Kotlinę Kłodzką, w dali Masyw Śnieżnika. Ot, ładny pocztówkowy widoczek. Zainspirował nas jedynie nietypowy diler trawy.

      Bystrzyca Kłodzka to piękne, stare miasto. Otoczone blokowiskami. Tak stare, że natknęliśmy się nawet na ancient neon EB. Nasz hotel nazywał się Abis. Nie wiem czy  to miało być nawiązaniem do znanej i lubianej sieciówki IBIS. W każdym razie komfort był zupełny i wystarczający. Cena trochę zbyt, ale śniadanie baaardzo smaczne (tak twierdzi moja małżonka, ja nie pamiętam żebyśmy mieli śniadanie tam)

      Po rozpakowaniu się ruszyliśmy na rynek. Trasa była daleka - jakieś 20 minut spaceru. Po drodze złapaliśmy ogon w postaci dwóch meneli, którzy towarzyszyli nam do samego starego miasta. Trochę  spanikowałem, choć zupełnie nie miałem powodu. To jednak wystarczyło, żeby nie nasycić się widokiem starego miasta, gdzieniegdzie przypominającego warszawską Pragę Płn. Następnym razem zabijemy ogon i zajdziemy do zrewolucjonizowanej przez MG restauracji na rynku.

      No i cóż. Ostatni dzień wycieczki. Obudziliśmy się, spakowaliśmy, ruszyliśmy na północ. Bardzo daleko , 130 km przed nami stało moje BMW. Jazda po kotlinie była przyjemna, Kłodzko bardzo ładne. Polecamy piękny most Karola. Pominęliśmy zwiedzenie twierdzy kłodzkiej. Następnym razem nie omieszkamy.

      Kolejnym ciekawym punktem w drodze do Wrocławia był Stolec. Wcale nie chodzi o produkt aktywności biologicznej, tylko o wieś w powiecie ząbkowickim z przepięknym, romańskim kościołem (romański mi się najbardziej podobał zawsze) oraz zespołem pałacowym. Również warto zatrzymać się w kiosku wielobranżowym w górze wioski. Spytać - każdy powie gdzie.

      Zupełnie nic ciekawego się nie działo po drodze. Czasem padał deszczyk, częściej świeciło słoneczko. Za Stolcem teren się zaczął powoli wyrównywać, przekształcając w płaskowyż strzelińsko-wrocławski. Dzięki temu udało nam się dotrzec przed wieczoremdo Wrocławia. Jako że nie chciałem zawracać głowy mojemu kuzynostwu i prosić się o kolejny nocleg postanowiliśmy zanocować w budżetowym IBISie. Zaskoczeniem było połączenie pokoju z łazienką. Czyżby brak ścianki działowej miało być low costem? Nigdy nie skumam tych speców od marketingu.

      Z rana wyruszyliśmy na wrocławską wyspę biskupią. Odebraliśmy samochód, naładowaliśmy akumulator - jakis kretyn zostawił włączony wentylator, pożegnaliśmy się z Dumaniami i ruszyliśmy do stolicy. Jazda zajęła około 6 tygodni i wyzerowała bak paliwa.

      W ramach ciekawostki  wydaliśmy około 1300 zł i przejechaliśmy niewiele ponad 300 km. Poniższa tabelka przedstawia więcej szczegółów dla zainteresowanych. Nocowanie w hotelach, pensjonatach  i cimer frajach jest fajne choć niekiedy kosztowne. Zaleta - prysznic, wygodne łóżko, wrażenie bycia normalnym turystą podczas gdy tak nie jest. Jest się lepszym.

        Trasa (km) Cena noclegu (zł)
      Dzień 1 70 80
      Dzień 2 45 120
      Dzień 3 22 140
      Dzień 4 45 160
      Dzień 5 136 100
       Total 318 600

       

       

      Za kilka godzin północ 31 grudnia 2013 roku. Nie zwykłem składać życzeń noworocznych. Jednak chciałbym Wam życzyć, żeby w 2014 roku blog narowerze.blox.pl ukradł Wam wiele dni z życia i zainspirował niejednokrotnie.  Autorowi życzę wielu sukcesów w pracy zawodowej, wielu sukcesów w życiu prywatnym, pociechy z dzieci oraz przyrostu masy mięśniowej. I żeby w końcu wziął się do roboty i zaliczył pierwszy rok studiów informatycznych.

      Udanej zabawy sylwestrowej!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Kotlina Kłodzka na rowerze”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 grudnia 2013 19:53
  • czwartek, 02 maja 2013
    • Statyw rowerowy czyli Do-It-Yourself

      Wykonałem dziś prosty statyw rowerowy. Praca ta nie wymaga wysokich kwalifikacji technicznych - wystarczy umieć posługiwać się podstawowymi narzedziami takimi jak nóż, śrubokręt lub wiertło.

      Czego potrzebujemy:

      - mocowanie przedniej lampki rowerowej;

      - śruba 6 x 50 mm;

      - nakrętka skrzydełkowa 6 mm;

      - nakrętka zwykła 6 mm;

      - podkładka (niekoniecznie zardzewiała).

       

      Sposób wykonania:

      Należy powiększyć otwór w mocowaniu przedniej lampki do średnicy ok 6 mm. Można to zrobić np. wiertłem.  Następnie przez powiększone otwory przeprowadzamy śrubę 6 x 50 mm. Mocowanie zaciskamy nakrętką zwykłą (pamiętając o umieszczeniu podkładki) Nakrętkę skrzydełkową nakręcamy skrzydłami w dół.

      Aparat wkręcamy w statyw i kontrujemy nakrętką skrzydełkową. Na wszelki wypadek przywiązujemy aparat do kierownicy linką, sznurkiem, gumą z majtek.

      Koszty:

      - Mocowanie lampki przedniej - cena nieznana (ukradłem narzeczonej)

      - śruba 6 x 50 mm - 0,14 PLN

      - nakrętka skrzydełkowa - 0,60 PLN

      - nakrętka zwykła - cena nieznana (ukradłem tacie narzeczonej)

      - zardzewiała podkładka - cena nieznana (znalazłem na ziemi)

      - robocizna - 20 PLN netto /h. Praca trwała ok. 40 minut więc koszt to ok. 13 zł.

      Jak widać sumaryczny koszt materiałów (poza mocowaniem lampki) zamyka się w 1 zł. Wynagrodzenie za pracę konstruktora uzależnione jest od jego telentów i renomy. Bajking ma niskie talenty i niską renomę więc ceni się wysoko.

      UWAGA - przeczytaj zanim zastosujesz !

      Autor nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody powstałe w wyniku używania ww statywu przez czytelników. Czytelnik na wlasną odpowiedzialność wykonuje statyw, a później go użytkuje. Statyw nie jest urządzeniem medycznym i nie może być stosowany do mocowania aparatury rentgenowskiej. Przy produkcji statywu przez Bajkinga szkody na zdrowiu nie poniosły żadne zwierzęta. Bajking rekomenduje zakup profesjonalnego statywu rowerowego firmy Hama.

      Statyw rowerowy DIY

       

  • poniedziałek, 29 kwietnia 2013
    • Jak przejechałem się na Veturilo

      Tyle się mówi o miejskim rowerze – reklamy w autobusach, artykuły w gazetach, moda, piękne dziewczyny, a także splendor, wygoda i poczucie bycia w awangardzie w komunikacji miejskiej.

      Paryż, Barcelona, miasta skandynawskie – wszędzie rowery miejskie, które działają i rozwijają się. Ech, jest do czego równać!

      W zeszłym roku do tej awangardy dołączyła Warszawa. W tym roku postanowiłem dołączyć i ja. Owszem, mam własny, kochany rower ale przecież nie zawsze przy sobie. Pomyślałem: warto mieć możliwość wypożyczenia roweru celem: a) podjechania, b)przyspieszenia podróży, c) spróbowania „jak to jest”, d) znalezienia się we wspomnianej awangardzie.

      Rejestracja i logowanie są dziecinnie proste. Zasady wytłumaczone na filmie na stronce.
      Generalnie: wpłacasz 10 zł i jeździsz. Konto uaktywnia się właściwie natychmiast po przelaniu pieniędzy. Do 20 minut od wypożyczenia – jeździsz za darmo. Jeśli przekroczysz ten czas: system nalicza niewysoką opłatę (w zależności od długości wypożyczenia).

      Zarejestrowałem się więc, wpłaciłem 10 zł, zalogowałem: KONTO AKTYWNE. Juhuu!

      Można jeździć.
      Można?

      Od razu chciałem przetestować system. Spragniony wiosny postanowiłem że na spotkanie częściowo dojadę rowerem. Z Ochoty miałem zamiar podjechać do Ronda Jazdy Polskiej, miłą trasą przez Pole Mokotowskie.

      Stacja nr 1 - Winnicka

      Stoi jeden rower. Akurat dla mnie! Na terminalu wstukuję nr telefonu, PIN, i już mam sięgać po rower, gdy wyświetla się informacja ROWER NIEDOSTĘPNY.

      Czas mija, spotkanie się zbliża. Idę do

      Następnej stacji, na Banacha. Tutaj więcej rowerów – na pewno któryś uda się wypożyczyć.

      ROWER NIEDOSTĘPNY,  ROWER NIEDOSTĘPNY (a kolejka z tyłu rośnie).

      Spocony, rezygnuję i idę do autobusu.

      Po spotkaniu w Towarzyskiej nie chcę tracić nerwów, ale kolega namawia mnie i idziemy na Walecznych.  Dużo rowerów, ale terminal znowu nie chce mi wypożyczyć roweru. Próbuję przez telefon. Tym razem udaje się. Szybko żegnam się z Adamem (czas biegnie), podjeżdżam na Waszyngtona.
      Rower prowadzi się dobrze, wygodnie. Jest masywny, stabilny, dość ciężki. Jedyne do czego nie mogę się przyzwyczaić to koszyk z przodu, który nie kręci się razem z kierownicą.
      Spodobało mi się na tyle, że chcę wypożyczyć następny. Tymczasem stacja na Waszyngtona nie chce przyjąć zwrotu. Muszę dzwonić. Chcę wyjaśnić sprawę, czekam na połączenie z konsultantem. 6 minut – rozłącza się. Następne 6 minut itd… Nie liczę już tych pieniędzy wydanych na telefon. W końcu rezygnuję z rozmowy z konsultantem, wpisuję na klawiaturze telefonu numer roweru, zwrot przyjęty. W międzyczasie odechciewa mi się dalszego wypożyczania Veturilo. Przyprowadzam sobie rower z domu, a na krótszych dystansach ufam nogom.

      Parę dni później potrzebuję jednak gdzieś szybko podjechać. Chcę rower ze stojaka przy Metrze Politechnika – ROWER W SERWISOWANIU. Noż k..wa! Tracę cierpliwość. Żal mi tych 10 zł którymi zasiliłem Nextbike’a (operatora Veturilo).

      Na 8 prób wypożyczenia, udało mi się dwa razy. 25% udanych prób to trochę za mało jak dla mnie.

       

      Vertulio? Vertulino? Vertutilo?

      Jeszcze „lepsza” historia przydarzyła się mojej dziewczynie. Ukradziono jej prywatny rower spod pracy, więc (a było to jeszcze na etapie mojej przychylnej otwartości wobec systemu Vetu.) zachęciłem ją do założenia konta. Wszystko gładko, wszystko ok., rowery wypożyczają się co drugi raz, zwroty przed upływem 20 minut. Ostatni przy Hali Kopińskiej. Następnego wieczora przychodzi sms: Rower wypożyczony ponad 22 godziny, prosimy o zwrot roweru. Zalogowała się do systemu: saldo -260 zł. Słownie: minus dwieście sześćdziesiąt złotych. No nie!

      Dzwonimy na infolinię. Pierwsze co – automat pyta: CZY CHCESZ ZWRÓCIĆ ROWER NUMER 6xxxx? Zwrócę – będzie, że dopiero teraz zwracam. Nie zwrócę – licznik będzie tykał dalej. Czekam na konsultanta. Pięć razy po 6 minut, bo po 6 minutach grania melodyjki, której – uwierzcie mi – nie chcę pamiętać linia się rozłącza.

      Wchodzę na fora (nie, nie Veturilo, raczej TVN Warszawa i gazeta.pl), czytam że takie problemy są częste, i że na infolinii w takich przypadkach każą zwrócić rower (jeszcze raz) i pisać reklamację.

      „Zwracamy” więc rower (który wpięty w stację stoi już od ponad doby) przez telefon i piszemy reklamację e-mailowo. Po kilku dniach przychodzi sms „konto znowu aktywne, można korzystać z Veturilo”. Żadnego e-maila z wyjaśnieniem czy choćby przeprosinami. Żadnej rekompensaty. „Można korzystać z Veturilo”. Tylko że moja dziewczyna już nie chce korzystać z Veturilo. Ja też nie chcę z niego korzystać, nerwy, perspektywa płacenia 260 złotych za poprawne oddanie roweru skutecznie mnie zniechęciło.

      Każdemu, kto pyta mnie o radę opowiadam tą historię, dodając że nie jest to przyjazny rower dla ludzi. A już na pewno nie dla tych o słabszych nerwach.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak przejechałem się na Veturilo”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 kwietnia 2013 15:26
  • czwartek, 18 kwietnia 2013
    • Wziąć i wsiąść

      I oto przyszła upragniona, wyczekiwana wiosna. A wraz z nią przemożna ochota na rower.

      Dziś porzuciłem BMW, rozstałem się z komunikacją miejską i wyrwałem bajka ze snu zimowego. Już po pierwszych kilku metrach poczułem, że siodełko jest za nisko - podwyższyłem. Kilka kilometrów dalej zesztywniały i podrdzewiały łańcuch powrócił do swojej dawnej zwinności. I poczułem przyjemność z tego ciepłego i słonecznego dnia.

      Do pracy mam 12 km, nie lubie rowerowych ciuchów, wiec w koszuli, spodniach materiałowych i skórzanych, eleganckich butach pomknąłem ... z predkością ok 12 km/h. Inni rowerzyści mnie wyprzedzali, ale nie przejmowałem się za bardzo. W końcu chciałem dojechać całkowicie suchy do roboty. I udało się.

      Więc jeśli zobaczycie w najbliższym czasie rowerzyste ubranego buisness casual, w brązowych skórzanych butach toczącego się nieśpiesznie po asfalcie/ kostce , zsiądźcie z rowerów, pokłońcie się bo :

      Bajking wraca do miasta!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wziąć i wsiąść”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 kwietnia 2013 15:59
  • sobota, 26 stycznia 2013
    • Wnętrza na rowerze

       Autorem wpisu jest: 

      Kinga Marek-Piestrak


       

       

      Do niedawna nasze rowery zajmowały "zaszczytne" miejsce w przeróżnych schowkach, były zamykane w ciemnych piwnicach, wózkarniach, rdzewiały na balkonach i wszędzie tam gdzie "nie przeszkadzały". Niczym nie chciane, skutecznie maskowane, zasłaniane i wyprowadzane - miały pełnić jedynie funkcję pojazdów - do której przecież zostały stworzone.
      Na nic zdawały się chromowane elementy, stylowe lampki, coraz to nowsze technologie malowania...rower to rower i w świadomości większości z nas nie miał szans zaistnieć jako coś więcej.


      Trudno nadać jakąś datę i określić kiedy nastąpił tu przełom. Trudno też powiedzieć gdzie to nastąpiło, kto był prekursorem i czy dokonał tego z rozmysłem czy zupełnie przypadkiem. Jednak nie trudno dostrzec jak rower powoli, ale wytrwale wjeżdża na salony.

      Niewątpliwie przyczynił się do tego rozwój i zainteresowanie budownictwem loft'owym, industrialnym; nowoczesnym wzornictwem. Wnętrza i ich aranżację oraz to co w nich dzisiaj umieszczamy znacznie odbiega od stereotypowej ładnej gierkowskiej meblościanki. Zabawa formą, kolorem, stylem oraz ciągłe poszukiwania indywidualnego charakteru w architekturze, popchnęła nas do wykorzystania dość nietypowych rozwiązań i nadawania nowego znaczenia rzeczom do tej pory na tym polu dyskryminowanym.

      Bo czymże jest rower pełniący rolę szafki pod umywalkę, jeśli nie poszukiwaniem indywidualności, podkreślaniem własnego stylu? Lekką nutką fanaberii i absurdu, rower zaczepnie wkracza w świat do tej pory dla niego niedostępny.

       

       

       

       

      W przepełnionych bielą, nieskazitelnym porządkiem i wręcz jałową atmosferą wnętrzach spotykamy różnobarwne rowery zawieszone na półkach. Idealnie komponując się w aranżacji wnętrza dopełniają je i nadają mu smaku, przełamując nudę i smutek bieli.

      Rowery stoją, wiszą, są wkomponowane w całości lub częściach i zajmują coraz bardziej centralne miejsce w wielu wnętrzach. Ku mojemu i nie tylko mojemu zadowoleniu, rower nie pozostał jedynie środkiem transportu, ale stał się też środkiem do wyrażania uczuć, emocji i do tworzenia sztuki. Wygrzebaliśmy te poczciwe maszyny z najciemniejszych zakamarków i nadaliśmy im głębsze niż do tej pory znaczenie. Teraz mogą cieszyć swoim pięknem nasze oko, możemy podziwiać je nie tylko za ich zdolność do przemieszczania (nas), ale także za ich fizyczność, anatomię i wyraz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wnętrza na rowerze”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      sobota, 26 stycznia 2013 18:34
  • środa, 18 lipca 2012
    • Gdańsk i Krynica Morska na rowerze

      - Oj, jak ja dawno nie byłem nad morzem - pomyślałem i już następnego dnia kupowałem w kasie dworca Warszawa Wschodnia bilet na pociąg "Słoneczny" to Gdańska. Dzień wcześniej zaopatrzyłem się w nowy GPS (poprzedni został zniszczony na skutek powodzi w namiocie) i pożyczyłem od Drugiego trzyosobowy namiot typu iglo (swój wypożyczyłem mu kilka dni wcześniej - zależało mu na czymś lekkim i małym) Ja przywiązuje zdecydowanie większą wagę do komfortu objawiającego się dużą ilościa miejsca  po rozłożeniu się namiotu niźli wagą czy rozmiarem. Co to za różnica w wiezieniu 2,5 czy 4 kilo, kiedy można się swobodnie rozłożyć, usiąść, a nawet na noc wstawić rower do środka.

      Na pociąg wydałem równe 50 zł (bilet normalny Wwa Wschodnia -- Gdańsk Główny, rower za darmo) co wydało mi się sumą odpowiednią - 5 godzin jazdy czyli 10 zł/h, ok 500 km - 10 zł/100 km) Jedynym mankamentem pociągu były niezamykające się, elektryczne drzwi do toalety (wydającej zresztą przy spuszczaniu wody dźwięk zbliżony do wydobywającego się spod maski lorda Dartha Vadera), które sprawiały wiele trudności pasażerom, a pracy konduktorowi próbującemu co pewien czas bezskutecznie je naprawić. Ja, dopóki nie znalazłem miejsca siedzącego w nierowerowej części wagonu, pozostawałem w pozycji obserwatora (ulubionej) i miałem świetną zabawę śmiejąc się i z jednych i z drugiego.

      moje drzwi nigdy dla nikogo nie sa zamkniete

      Pociąg był pełen, choć co kilka stacji ktoś wysiadał, zwalniając miejsce. Ja skorzystałem na tym, że podróżujący w tym samym wagonie pan Maciej Nowak zwolnił, zajmowany swoim pokaźnym ciałem, fotel w Mławie (albo Ciechanowie - nie pamietam) i zająłem jego miejsce. I zacząłem lekturę książki Jacka Pałkiewicza "Syberia. Wyprawa na biegun zimna", którą wypożyczyłem na czas wyjazdu z biblioteki przy ul Ateńskiej. Książka wciągnęła mnie aż do samego Gdańska.

      Te burze wlosow kazdy zna czyli Maciej Nowak

      W Gdansku byłem piekielnie głodny. W podróży nic nie jadłem, a o sporym porannym śniadaniu już dawno zapomniałem. Głodny i ... z napierającym parciem. Drugą sprawę załatwiłem w dworcowej toalecie - 2 zł(!) Nad pustym żoładkiem musiałem trochę popracować - jakieś pół kilometra na Stare Miasto. A po drodze - zaskoczenie - most(ek) miłości. Myślałem zawsze, że to wrocławska tradycja. A jednak, co piękne i trendy, szybko rozprzestrzenia się po całym kraju.

      Autoportret w Gdansku

      Most Milosci

      Na Długim Targu jak zwykle tłumy turystów. Zewsząd słychać - Ja, ja! Gut! Lassen Sie uns ein Bild. Mieszkam niedaleko Stadionu Narodowego i w czasie Euro 2012 nie słyszałem prawie wcale niemieckiej mowy. Tak samo jak w strefie kibica ( w której byłem na meczu Niemcy - Włochy) Wystarczyło pojechać do Gdańska. Nawet chciałem poprosić jakiegoś Niemca (albo ładną Niemkę) o zrobienie mi zdjęcia lecz Po kilku minutach budowania w myślach pytania w języku Goethego pomyślałem, że lepiej zostać dobrze pojętym. Jeszcze rozmówca zrozumie, że chcę zdjęcie jego dziadka z Wermachtu i wywołam skandal międzynarodowy. Piękne zdjęcie na tle ulicy Długiej zrobił mi Polak z wielkim aparatem.

      Bajking

      W poszukiwaniu smacznego i taniego obiadu zrobiłem sobie spacer nad Motławą. Wszędzie drogo i pełno ludzi. Zrezygnowany wszedłem na jedną z bocznych uliczek, w której przed kamienicami stały stragany z bursztynową biżuterią. Lubie bursztyny. Nawet mam plan na przyszłość aby pojechać na mierzeje wiślaną i po sztormie szukać tych tworów na plaży. Dłuższą chwilę zatrzymałem się tam i oglądałem palące się kamienie.

      Bursztynowa ulica

      W końcu trafiłem znów na Długi Targ i zjadłem najgorszego kebaba w życiu. Sytuacje uratował Specjal.

      Pół godziny później byłem już na obrzeżach miasta. Przejechałem obok płonących wież Petrochemii Gdańskiej, które przypomniały mi lekturę Tolkiena i ogniste, wszystkowidzące oko Mordoru. Zresztą kilka minut wcześniej Mordor nie pozwolił mi na przejechanie ulicą Sztutowską. Na mapie - zwyczajna droga tuż nad Martwą Wisłą, w tolkienowskiej rzeczywistości - częściowo wchłonięta przez ciemne moce Saurona i strzeżona przez cieciów - 5 złotych za godzinę cieciowania.  

      W Przejazdowie GPS skierował mnie na znacznie mniej ruchliwą drogę nr 501, którą przez Wiślinki i most pontonowy na Martwej Wiśle dotarłem dojechałem do przeprawy promowej na Wiśle (właściwej) Na prom dostałem się na krzywy ryj - szlaban był już zamknięty, ale mimo to wjechałem na pomost barki. Na tablicy informacyjnej przed szlabanem zobaczyłem, że przewóz roweru kosztuje 5 zł, a jednak nikt mnie nie prosił o zapłatę. Widok był trochę niesamowity - patrząc na południe szeroka dolina, majestatyczna i szeroka rzeka. Kierując wzrok na północ - błękitna pustka zlewająca się z nieboskłonem. Przypomniałem sobie , że kiedyś z GT dojechaliśmy na rowerach z Malborka do samego ujścia polskiej królowej rzek. To była fajna, chilloutowa wycieczka w beztroskich, studenckich czasach. Dobrych czasach.

      prom

      tam, gdzie konczy sie swiat

      Na drugim brzegu, z myślą o niezapłaconych 5 złotych, pokornie wydałem je na Specjal. Cóż, trzeba wspierać piękne miejsca. A czy za prom, czy za nie-prom to już pozostawiam w sumieniu wspierającego.

      Za przeprawą, w Mikloszewie, rozpoczął się turystyczny raj. Po obu stronach drogi stragany z różnościami, potrzebnymi lub niepotrzebnymi, ale zawsze przepłaconymi przez wycieczkowiczów. Co pewien czas pojawiała się i znikała ścieżka rowerowa, z której skorzystałem dopiero widząc patrol policyjny - na wszelki wypadek , choć kontrola rowerzysty z sakwami i namiotem wydawała się raczej mało prawdopodobna.

      Po prawej stronie drogi zaczęły mi towarzyszyć tory linii wąskotorowej Jantar - Malbork. Kolejka jeździ dwa razy dziennie i niestety nie udało mi się z nią spotkać. Specjalnie dla Ciebie, czytelniku, nadjeżdża właśnie lokomotywa:

      W sumie nie chciałem tam zajeżdżać. Odwiedziłem to miejsce kilka lat temu z moim tatą. Wzbudziło we mnie smutek i gorzką refleksję o charakterze człowieka. A jednak jest jakaś magiczna siła przyciągająca mnie do miejsc kaźni i zezwierzęcenia. Może to potrzeba odczuwania silnych emocji. Z pewnością chora. W każdym razie skręciłem w drogę z kocich łbów i dojechałem do terenu byłego nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Sztutowie. Na moje szczęście teren muzeum był zamknięty, a cieć muzealny wymawiając kultową kwestię " Gdzie mnie z tym rowerem" uniemożliwił mi obejrzenie obozu. Zrobiłem zdjęcie i wróciłem na szosę do Krynicy Morskiej.

      Stuthoff - byly oboz koncentracyjny

       Cieszyłem się jak dzieciak wjeżdżając w Kątach Rybackich na Mierzeje Wiślaną. Po jednej stronie Bałtyk (lub jak kto woli - Zatoka Gdańska), po drugiej Zalew Wiślany. A ja suchy jadę 22 km/h po równym asfalcie. Lecz nie po równym. Zaczęły się podjazdy i zjazdy. Przypomniałem sobie jak ze Stanem tydzień wcześniej jeździliśmy po Karkonoszach. Przypomniały o sobie moje uda. A górek w najbliższych dniach miało być znacznie więcej...

      Przekroczyłem niedawno trzydziestkę i czuję, że się starzeje.   Po 40 Km od Gdańska, zacząłem czuć zmęczenie. A przecież kiedyś 80 - 100 - 150 km to była norma na wyprawie, którą robiłem bez większych problemów. A tutaj jazda w sumie "po równym", w żółwim tempie (średnia ok 17 km/h) Dotarło do mnie, chyba nawet bardziej niż w Karkonoszach, że kilka lat zmagania się z problemem palenia i picia wpływa coraz bardziej niszcząco na moją fizyczność. Wiem, że wciąż mogę zrobić więcej kilometrów niż standardowy trzydziestolatek, ale stawiając naprzeciw sobie tego mnie sprzed 5-6 lat sprawia, że przegrywam z kretesem. Coś trzeba z tym zrobić. Ale nie dziś.

      Krynica - a za wszystko inne zaplacisz za duzo

      Do Krynicy dotarłem całkiem zmęczony po przejechaniu 55 km. Była godzina 19-ta. Rozstawiłem na kempingu z pewnymi trudnościami namiot (po czesku stan), rozpakowałem się i zostawiając rower przypięty ulockiem do drzewa, ruszyłem na miasto. A tam turysta na turyście, atrakcja na atrakcji. Głód skierował mnie do pierwszej lepszej budki na zapiekankę i Specjala. Poźniej odwiedziłem port, z którego nazajutrz wypłynąć miałem w rejs do Fromborka. Ceny biletów niemiło mnie zaskoczyły ( wyszło około 35-40 zł) więc pozostawiłem sobie nieprzyjemność zakupu na poranek.

      Jutro wyplywam w dlugi rejs

       Kupiłem papierosy, kolejne cztery specjale i poszedłem nad morze. Tam pijąc , paląc i dzwoniąc do rodziców i Alicji spędziłem resztę wieczoru mocząc stopy w zimnej, morskiej wodzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Gdańsk i Krynica Morska na rowerze”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      środa, 18 lipca 2012 23:54
  • niedziela, 15 lipca 2012
    • Karkonosze na rowerze cz. 4 - ostatnia. Szklarska Poręba, powrót.

      Mgła, mgła, wszędzie mgła. Tak powitał nas poranek w Harrachowie. Ostatnie spojrzenie - na skocznie (mamucie?) i ruszamy do Diskontu. Diskont jest o tyle przyjemny, że można płacić kartą, chyba jako w jedynym sklepie w tym miasteczku. Kupujemy śniadanie, jako pamiątki nabywamy rozmaite knedlicky w proszku (oraz lievance), już w domu będą nam przypominały czeskie smaki.

      czeskie śniadanie

      czeskie śniadanie diskont norma

      zestaw falenicki bułka paluch i pasztet

      tzw. zestaw falenicki - bułki i pasztet - z pozdrowieniami dla GT

      bajking

      livanecky livance lievance

      będą nam przypominały czeskie smaki

      Do granicy około trzech kilometrów, dość łagodnie pod górę - na tyle, że można jechać (zamiast prowadzić rowery). W przygranicznym sklepie Bajking wydaje ostatnie korony - kupując m.in. piwo o smaku marychy, ja płacę już w złotówkach. Cały czas mgła, trochę wieje, delikatnie mży. Wreszcie - Polska! Dziwne, ale przez te dwa dni zdążyłem się stęsknić. Jeszcze dziwniejsze, że po polskiej stronie asfalt jakby równiejszy.

      polana jakuszycka

      mgła

      Plan na dzisiaj jest taki: dojeżdżamy do Szklarskiej Poręby, tam się wakacjujemy, żremy do oporu, zwiedzamy, no, ogólnie dzień ma być chillowy, spokojny i wynagradzający wszelkie trudy wycieczki. Mijamy Polanę Jakuszycką, na której Bieg Piastów - mimo iż rozgrywany zimą, trwa chyba cały rok (widać że coś się tam dzieje). Odbijamy w lewo na równoległy do głównej (zresztą niezatłoczonej) szosy szlak rowerowy. Zaczyna się żwirek, oznaczenia czytelne. To zdaje się część europejskiego szlaku rowerowego. A nie, ER-2 oznacza polski "Szlak Liczyrzepy"  (a Liczyrzepa to po polsku "Karkonosz").

      ER-2 szlak liczyrzepy



      Przez mgłę niewiele widać, jednak dostrzegamy po drodze atrakcje w postaci bagniska/torfowiska, nieczynnych ruin - widm (zdaje się, że jakiejś fabryczki) oraz linii kolejowej Jelenia Góra - Harrachov na której akurat widać dziarsko mknący szynobus z turystami. Oprócz tego wije się co i rusz rzeka Kamienna, o kolorze lekko czerwonawym. Kiedyś wydobywano z niej złoto, potem - zdaje się korzystano z piasku kwarcowego do wytopu szkła (hm, nazwa Szklarska Poręba nie wzięła się znikąd).

      torfowisko bagnisko szklarska poręba góry izerskie

      torfowisko bagnisko szklarska poręba góry izerskie

      torfowisko bagnisko szklarska poręba góry izerskie

      bajking przy torfowisku

      opuszczona fabryka linia kolejowa jelenia góra harrachov

      opuszczona fabryka linia kolejowa jelenia góra harrachov

      opuszczona fabryka linia kolejowa jelenia góra harrachov

      opuszczona fabryka linia kolejowa jelenia góra harrachov

      opuszczona fabryka linia kolejowa jelenia góra harrachov

      hm coś jakby Tatry

      Dojeżdżamy z powrotem do głównej szosy, za którą znajdujemy tablicę z całkiem pożytecznym opisem i odwzorowaniem okolicznych szlaków rowerowych - z czymś takim spotykam się pierwszy raz.


      szlaki rowerowe góry izerskie

      Niedaleko znajduje się parking, za którym rozpoczyna się dojście do Wodospadu Kamieńczyka. Ponieważ plan na dziś jest turystyczno - lajtowy, a poza tym szkoda przegapić taką atrakcję, gramolimy się tam z rowerami, które po jakimś czasie przypinamy do drzewa (jest bardzo stromo i niewygodnie na wystających kocich łbach), w budce z pamiątkami kupujemy ciepłe oscypki z żurawiną i tak posileni zwiedzam wodospad. W drodze powrotnej spotykam swoich sąsiadów... z tego samego piętra. Mieszkamy obok od trzydziestu lat a ja rozmawiam z nimi pierwszy raz w życiu. Nie wiedziałem że z nich tacy turyści! Ale skoro turyści - znaczy że nie mogą to być ludzie małostkowi albo źli. Turyści (górscy) to ludzie przeważnie porządni.

      wodospad kamieńczyka

      wodospad kamieńczyka

      wodospad kamieńczyka

      Potem to już prosto - z górki do Szklarskiej Poręby. Tam obiad (ja zamawiam smażony syr), i... zostaje jakieś sześć godzin do pociągu. Chwila namysłu - jeszcze wysyłam pocztówki - i uzgadniamy z bajknigiem że może spróbujemy jednak dojechać do Jeleniej Góry, w ten sposób domykając pętlę wokół Karkonoszy.

      Szklarska Poręba

      Wybór okazuje się strzałem w dziesiątkę! Po pierwsze droga wiedzie cały czas w łagodnie w dół i zjazd nią jest prawdziwą przyjemnością, po drugie możemy obserwować jak zmienia się pogoda. Z mglistej, alpejskiej, wilgotnej Szklarskiej Poręby (nie darmo piszą że posiada ona walory klimatyczne zbliżone do uzdrowisk położonych na 2000 m n.p.m.) zjeżdżamy w coraz bardziej upalną kotlinę. Przez Piechowice, Sobieszów, Podgórzyn i pobenedyktyńskie stawy (gdzie z braku zupy rybnej zamawiamy piwo i colę) dojeżdżamy do Jeleniej.

      podgórzyńskie stawy

      Podgórzyńskie stawy - podobno najwyżej położony obiekt tego typu w tej części Europy

      Tzn. tak się nam wydaje że do Jeleniej - naprawdę dojeżdżamy do Cieplic. Główne ulice Cieplic i Jeleniej Góry są bardzo podobne, poza tym tutaj kończy się mapa, więc logiczne, że to wszystko jest  bardzo blisko. Robimy zdjęcie w parku zdrojowym, i... okazuje się że do przejechania mamy jeszcze jakieś 8 km.

       perpetuum mobile

      Cieplice, aleja w Parku Zdrojowym

      Z pewnym trudem (bez mapy, bez GPS-a) odnajdujemy drogę na stację PKP (gdzie w kolejce spędzamy 45 minut), zostaje jeszcze chwila na wypicie ostatecznej kawy, kupienie czegoś do jedzenia na drogę i zwiedzenie okolic rynku.

      zwiedzanie okolic rynku jelenia góra kaufhaus

      zwiedzanie okolic rynku jelenia góra kaufhaus

      zwiedzanie okolic rynku jelenia góra

      cmentarz przy kościele Podwyższenia Krzyża

      Powrót już w luźniejszym przedziale, w dość miłym towarzystwie - także w kuszetce (rowery zostawiamy w wagonie rowerowym, w tę stronę podróżuje kilkunastu rowerzystów - głównie górscy ale też "sakwowcy").

      pociąg karkonosze wagon rowerowy

      pociąg karkonosze wagon rowerowy

       przejście przez wagony - z rowerowego do kuszetki
      "a tych wagonów jest ze czterdzieści"

      Podsumowanie:

      To pierwsza moja górska podróż rowerem. Jestem zadowolony z siebie i z mojego miejskiego roweru z przerzutką w piaście - poradziliśmy sobie w większości niegorzej niż bajking i jego lekki cube ze zdaje się 21 biegami. Cieszę się tym bardziej, że udowodniłem iż nie sprzęt się liczy a pomysł, dobry humor oraz dobrane towarzytwo ;) a na serio - jak mawia mój kolega muzyk: nie przejmuj się sprzętem, Murzyni w w Delcie Missisipi grali bluesa na wiadrach a za strunę służyły im druty przyczepione do szczotki - ale jaki był w tym feeling! Tak więc podejście do roweru też mam trochę bluesowe.


      Poza tym to chyba pierwsza moja i bajkinga wspólna wyprawa rowerowa opisywana na tym blogu. Przyjaźnimy się od już chyba 11 lat, jeździliśmy już na wspólne wyjazdy ale było to jeszcze przed epoką narowerze. A więc kolegium redakcyjne miało sesję w plenerze.

      Z ciekawostek warto wspomnieć o karkonoskiej kulturze rowerowej, otóż na porządku dziennym jest pozdrawianie innych rowerzystów - podobnie jak na pozdrawiają się turyści na górskich szlakach. Sakwowcy pozdrawiają się szczególnie serdecznie - zarówno w Polsce, jak i i po Czeskiej stronie. Jest to bardzo miłe, że ludzie, których na jakiś czas łączy podobny los tworzą pewną wspólnotę.
      Jeśli chodzi o mapę, to korzystaliśmy z 1:25000 POLSKIE I CZESKIE KARKONOSZE wydawnictwa na G. Trochę za dokładna jak na rower - ale o tyle pożyteczna, że były odcinki piesze, a poza tym miała oznaczenie warstwic (więc wiedzieliśmy na co się nastawiać jeśli idzie o podjazdy), no i pomogła w szukaniu miejsc na nocleg.

      Ze wskazówek praktycznych warto polecić wymianę pieniędzy w kantorze w jakimś dużym mieście-najlepiej jeszcze przed wyjazdem, gdziekolwiek przy granicy przepłacimy za zakup koron od 15% do nawet 30%! Opłaca się też płacić kartą ale UWAGA - w czeskich Karkonoszach było to prawie niemożliwe oprócz jednego dyskontu. Bankomaty to też rzadkość, nawet w sporym Harrachowie był chyba jeden. W ŻADNYM barze, restauracji etc. nie przyjmowano płatności kartą. A zatem - parafrazując: prawie za nic nie zapłacisz kartą Mastercard. Za wszystko inne przepłacisz koronami.

      Góry nie są moim ulubionym miejscem do jazdy na rowerze (jestem człowiekiem z nizin, no może z równin) jednak Karkonosze mają urok któremu się nie oparłem. Nie chodzi tu o podjazdy i zjazdy - które nie wynagradzają mi ciężkich podejść - ale o atmosferę, specyficzną poniemiecką architekturę, klimat, atrakcje turystyczne, dużo rowerowych szlaków, bliskość Czech - innymi słowy jakąś intensywność tych gór, ich gęstość czy może nasycenie. (Poza tym można sobie wyrobić żelazne łydki i uda.)
      Polecam każdemu - może kiedyś pociągi jakoś przyspieszą i będzie łatwiej tam dojechać.

       

      Czytaj też:

      Karkonosze na rowerze cz.1

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3

  • piątek, 13 lipca 2012
    • Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3

      Dzien III (3 lipiec 2012) – Spindleruv Mlyn – Harrachov (40 km)

      W nocy mieliśmy trzy burze. Kiedy się obudziliśmy dolna część naszego namiotu (tam gdzie trzyma się nogi) była całkiem mokra. Zamókł również GPS stając się do końca naszej wycieczki bezużytecznym.

      Miła pani właścicielka posesji  postawiła nam przed namiotem termos z herbatą. Spakowaliśmy co suche do sakw, wypiliśmy herbatę, mokre ubrania przyczepiliśmy luźno do rowerów „na suszenie” i ruszyliśmy.

      ślimak na błotniku

      załapał się też cyklostopowicz

      W planie na dziś mieliśmy przez góry przebić się do Rokytnice, a następnie dotrzeć przed wieczorem do Harrachova. Zależało mi na obejrzeniu skoczni narciarskich. Ale najpierw śniadanie czyli cofnięcie się najbliższego supermarketu, a konkretniej dyskontu spożywczego w Szpindlerovym Mlynie (o zaskakującej nazwie... DISKONT).

      diskont spinleruv mlyn czechy rumcajs

      nasza dieta i uroczy sok pomarańczowy z Rumcajsem

      Ceny w dyskoncie zaskoczyły nas – nie odbiegały od tych w zwykłych Potravinach. Na ławce przed sklepem skonsumowaliśmy śniadanie.

      Nie ukrywam, że Stan był na mnie zły (zepsuty GPS spowodował że byliśmy bez mapy). No, ale co ja mogłem, co ja mogłem! Nie moja wina, że GPS zamókł. Poza tym dzięki niemu poprzedniej nocy ustaliliśmy trasę. Czy to ja spowodowałem trzykrotne oberwanie chmury w nocy i przeciekający namiot? Nie ja! (mogłeś schować do jakiejś torebki foliowej! - stanwewnetrzny)

      Aby dostać się do naszej trasy musieliśmy wdrapać się do położonej kilkadziesiąt metrów wyżej drogi. Chociaż podejście nie było wybitnie długie, Stan nie powstrzymał  się od uszczypliwej (i jakże prawdziwej)  dygresji  - Słuchaj, ja nie wiem czy my nie jesteśmy frajerami! Przecież wszyscy rowerzyści z sakwami,  to jeżdżą tutaj głównymi drogami (czyt. dolinami) A my kolejny dzień targamy te rowery do góry...

      cykloservis narex rovinka

      udogodnienie dla rowerzystów

      suszenie rzeczy

      suszenie klamotów: to niebieskie to śpiwór, a pomarańczowe - nasz namiot

      Droga prowadziła  zboczem góry, dookoła wysokie i soczyście zielone lasy,  wilgoć w powietrzu sprawiała, że można było poczuć się jak w lasach klimatu równikowego . Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na piwo i suszenie rzeczy w obcerstveni (bufecie) w Rovince. Stan upolował aparatem fotograficznym cykloserwis, a ja z lekkim niedowierzaniem stwierdziłem, że roaming w Orange nie pozwala na wykonanie telefonu z zagranicy. Sorry, you are not authorized to make this call... To dla mnie wciąż najbardziej nierozwikłana zagadka wycieczki.

      Dalsza droga do Rokitnicy to w skrócie – krótki i bardzo stromy zjazd do doliny Jizerki, potem długi, lecz łagodny podjazd i ostatecznie długi, ostry i kręty zjazd do Rokitnicy, którego zaletą były piękne widoki. W Rokitnicy zatrzymaliśmy się przed wielkim, starym i zaniedbanym budynkiem. Nie wiedzieliśmy co to jest. Pozgadywaliśmy kilka minut, Stan strzelił fotkę i pojechaliśmy dalej.

      rokytnice tajemniczy budynek

      "pozgadywaliśmy kilka minut"

      Cały dzień słyszeliśmy groźne pomruki burzy. W końcu dopadła nas deszczem u wyjazdu z miasta. Schroniliśmy się na przystanku autobusowym. Zjedliśmy końcówkę naszego prowiantu (puszkę mielonki i zmasakrowany chleb), umyliśmy się deszczówką, pogapiliśmy się na mapę i ludzi (w tym grupę czeskich rowerzystów górskich pod naszą wiatą).

      umyliśmy się deszczówką

      "umyliśmy się deszczówką"

      Po godzinie deszcz minął, a my ruszyliśmy szosą numer 14 do Harrachova. Droga może i była ładna (tak twierdził Stan), ale roboty drogowe i idące za tym niedogodności związane z wahadłowym ruchem pojazdów sprawiły, że nawet płynąca obok rwąca rzeka i piękne wysokie brzegi doliny nie wpłynęły na mnie pozytywnie. Z trudem pokonując ostatnie 10 km do Harrachova zacząłem marzyć o prysznicu i wygodnym łóżku. Tuż za tablicą z nazwą miasta podzieliłem się tym ze Stanem, który dość sceptycznie odniósł się do mojego pomysłu. W końcu jednak, jakimś cudem, postawiłem na swoim.

      rokytnice - harrachov

      droga Rokytnice - Harrachov

      droga rokytnice - harrachov

      droga Rokytnice - Harrachov

      Wynajęliśmy dwuosobowy pokój z łazienką  w zabudowaniach harrachowskiej fabryki szkła. Koszt był spory (ok. 150 zł), ale złamałem się w obliczu myśli o kolejnej, deszczowej nocy w namiocie. Dowiedzieliśmy się, że fabryka szkła poza standardowym programem turystycznym (przyglądanie się wytopowi szkła, dmuchani szklanych form) oferuje również kąpiele w ... piwie. Kąpiel taka została uznana przez magazyn „Time” za jeden z najdziwniejszych zabiegów SPA.

      piwne spa harrachov

      Za ok. 200 zł można przez 30 minut rozkoszować się moczeniem wszystkich swoich członków w roztworze wody i złocistego napoju. W trakcie kuracji podawane jest jedno, dwa małe piwa z lokalnego mini-browaru.

      lodówka coca cola z piwem

      a w lodówce coca-coli... piwo

      My ze Stanem  wzięliśmy recepturę na proporcje  roztworu (może kiedyś wejdziemy w ten interes, kto wie) i po zakwaterowaniu na pokojach ruszyliśmy w miasto. Celem było sponiewieranie naszych wątrób i rozweselenie głów każdym napotkanym po drodze pubem. Do samego centrum nie doszliśmy. W ten sposób spędziliśmy zieloną noc.

      harrachov pijaństwo w hotelu

       pijaństwo i rozpusta w hotelu

      piwo pivo postrizinske

      literackie piwo z podobizną Bohumila Hrabala, całkiem smaczne, choć pan z recepcji poinformował nas, że to "obyczne" piwo. W ogóle w Czechach można pić piwo trzy razy dziennie, przez kilka lat, za każdym razem z innego, jakiegoś lokalnego browaru

       

       czytaj też:

      Karkonosze na rowerze cz.1

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2

      Karkonosze na rowerze cz. 4 - ostatnia. Szklarska Poręba, powrót.

      

      


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lipca 2012 14:28
  • wtorek, 10 lipca 2012
    • Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2

      Pisane w namiocie.

      Stan nie chce spiąć rowerów. Ale może nikt ich nam dziś nie ukradnie.

       

      Dzień II (2 lipiec 2012) – Horni Mala Upa – Spindleruv Mlyn (31 km) 

      Rano wstaliśmy o 9-tej, spakowaliśmy nasz dobytek na rowery i ruszyliśmy w stronę miasteczka Pec Pod Sněžkou. Początek byl fajny - jazda z górki z prędkością ok 60 km/h. Aż mi się zrobiło zimno.

      W takich chwilach żałuje że nie mam poziomki albo chociaż leżaka – można by się jeszcze bardziej rozpędzić. Zatrzymaliśmy się kilka kilometrów dalej przy wejściu na szlak pieszo – rowerowy do Wielkiej Upy.  Chwilę potem, zatrzymał się kolo nas autobus z przyczepką na rowery. U nas takich nie ma. Rowery w PKS-ach trzeba pchać do luków bagażowych. Z kolei w Stanach wiozłem kiedyś rower na bagażniku przyczepianym do przodu autobusu. Cóż: co kraj to bagażnik.

      cyklobus dolni mala upa

      Cyklobus, Dolni Mala Upa, Bajking nie może się napatrzeć

      Stan sfotografował znalezisko i wjechaliśmy na szlak. Na początku było dobrze. Ładny asfalt. W miarę po równym. W dole szumiał Jeleni Potok . Po jakimś czasie droga zaczęła na tyle ostro piąć się po zboczu w górę, że musieliśmy zsiąść z siodełek. Po jakiś 2 km dotarliśmy do wielkiej polany, gdzie odpoczęliśmy. Stało tam kilka domków rekreacyjnych, trochę aut, jakaś restauracja. Nie mieliśmy jednak koron czeskich, aby napić się chłodnego piwa. A z nieba grzało coraz mocniej. Pojechaliśmy dalej – tym razem już w dół. I to ostro.  

      Po kilku kilometrach szaleńczego zjazdu w dolinę trafiliśmy do drogi, która  zaprowadziła nas do miasta Pec Pod Sněžkou. Niewielkie miasteczko, bardzo turystyczne, położone pod samym masywem Śnieżki. Już przy samym wjeździe uwagę zwraca wysoka wieża  hotelu Horizont, chyba najwyższy budynek w mieście .

      Załatwiliśmy kilka najważniejszych spraw - kupiliśmy korony ( w sumie 700)  - zaszliśmy na piwo (lokalny Krakonos) - w potravinach zrobiliśmy skromne zakupy. Okazało się, ze ceny większości artykułów są takie same jak w Polsce (oprócz coca-coli, która kosztuje 2 zł za puszkę 0,25 ml - przyp. Stanwewnetrzny). Tańsze jest głównie piwo. I jest  jego większy wybór niż u nas.

      Pec pod Snezkou potraviny kofola kubik

      "w Potravinach zrobiliśmy skromne zakupy"

      Oczywiście jedząc na murku pod sklepem nasz obiad, popijając go piwem zawiniętym w papierową torebkę (bo kto wie jak oni tutaj to traktują) nie spodziewaliśmy się ze Stanem co nas dalej czeka. Naszkicowana przeze mnie dwa lata wcześniej trasa wskazywała tylko, że niedługo nastanie przed nami odcinek 2 – 3 km, który będziemy musieli pokonać bezdrożem. Bezdrożem w rozumieniu braku asfaltu.  Jednak do tego czasu miało być jeszcze kilka kilometrów ładnej, równej drogi.

      Ładna i równa, owszem, była. Szkoda tylko, że planując  trasę z przeznaczeniem na rower poziomy, tak mało uwagi zwracałem na ukształtowanie terenu. Przy 30 procentowym nachyleniu drogi nie ma bowiem mowy o podjeżdżaniu czymkolwiek, a co dopiero poziomką. I tak już po wyjściu z czeskiego spożywczaka zaczął się podjazd. Stan odmówił pedałowania już na samym początku. Ja przejechałem może z 500 metrów i przy ostatnich zabudowaniach miasteczka zatrzymałem się.  Przez następne 3 godziny pchaliśmy rowery. Co ciekawe na drodze, którą szliśmy ustalony był szlak rowerowy.  Przez 6,5 kilometra podejścia wyprzedził nas tylko jeden rowerzysta – kolarz. Reszta zjeżdżała.

      Na przełęczy  weszliśmy  na szlak pieszy. Przed wejściem stał zakaz poruszania się rowerami, ale zignorowaliśmy go – w inny sposób całe nasze trzygodzinne taszczenie roweru na 1300 m n.p.m. byłoby pozbawione sensu. Była to po prostu najkrótsza droga do kolejnego celu wycieczki – miasteczka Spindleruv Mlyn

      Vyrovka

      Vyrovka, 1363 m n.p.m. musieliśmy złamać ten zakaz

      Najpierw kilkadziesiąt metrów po kamiennych schodach ostro w dół, później pojawiać sie zaczęły zarysy drogi. Nie było mowy o jeździe.

      Svaty Petr

      "nie było mowy o zjeździe"

      W pewnym momencie droga zrobiła sie na tyle plaska  i równa ,że postanowiłem w końcu usiąść na siodełku - to był błąd. Po kilku minutach jazdy złapałem gumę. Ja zająłem się zmianą dętki, Stan postanowił wykąpać się w potoku.

      Svaty Petr zmiana dętki

      "po kilku minutach jazdy złapałem gumę"

      Pół godziny później pojawił się asfalt, którym bez przeszkód wjechaliśmy do Szpindlerowego Młyna . Miejscowość typowo turystyczna nastawiona raczej na zachodnich turystów - ładnie przystrzyżone trawniki, czysto. Nawet był tam aqua-park.  Podjechaliśmy na camping - i tutaj również zachodnioeuropejskie ceny: 100 koron za namiot, po 125 od osoby i jeszcze coś w rodzaju opłaty klimatycznej - 15 koron. Razem 380 koron. Trochę drogo jak za możliwość postawienia namiotu.

      Postanowiliśmy przetestować wariant oszczędnościowy  - na dziko poza miastem. I znaleźliśmy niezłe miejsce. Kawałek równiutko przystrzyżonej trawy nad zalewem w dole drogi. Było około 18-tej. Najpierw kąpiel w Łabie (w okolicach Spindleruv Mlyna jest tama i zbiornik wodny tzw. Labska Prehrada), a później próba zaanektowania terenu pod namiot.

      Przypomniałem sobie z wcześniejszych wypraw, że jeśli chce się rozstawić namiot w miejscu, w którym na pewno jest to niedozwolone to trzeba najpierw oswoić teren. Usiąść, położyć się na trawie, rozłożyć wokół siebie trochę bagaży – że niby się tylko odpoczywa po długiej podróży – przygotować sobie posiłek i go zjeść, po czym nieśpiesznie rozpocząć rozstawianie namiotu. Im dłużej to wszystko trwa tym lepiej – okoliczni mieszkańcy przyzwyczajają się do twojego widoku, widzą że jesteś niegroźny, nie śmiecisz, masz miły wygląd. Później gdy już sięgasz dalej (rozstawiasz namiot) nie wzywają policji – bo po co skoro „nic się złego nie dzieje”.

      Albo przeciwnie – od razu, kiedy widzą Twoją motywację do naruszenia ich miru albo sami albo ręką straży publicznej wyganiają Cię ze swojego terytorium.

      W tej grze ważne jest czasem, żeby się nie złamać, nie okazać zbytniej słabości. Koczując w przestrzeni publicznej, raczej nie warto pytać o pozwolenia. Kończy się to zazwyczaj odmową (jakiś nadzorca terenu publicznego nie pozwala bo taki ma prikaz i nie chce się narażać) albo spuszczeniem odpowiedzialności na kogoś innego (miła starsza pani z domu naprzeciwko kieruje do nadzorcy terenu – sama nie ma prawa decydować). W przestrzeni prywatnej pytać  zawsze warto i nawet trzeba. Chyba, że chce się zostać zasztyletowanym widłami w nocy.

      Ja popełniłem błąd i w przestrzeni publicznej (Karkonoski Park Narodowy, brzeg zalewu) pomyślałem, że lepiej będzie spytać o zgodę kogoś. Stan poszedł pytać. I wrócił z informacją odmowną. Musieliśmy pakować nasze manatki i znikać.

      Przy zaporze wjechaliśmy na  szlak nad brzegiem  rzeki  i po kilkuset metrach trafiliśmy na ładny stary domek i mila panią, która pozwoliła nam rozbić namiot na trawce kolo jej chałupy. Jedynym mankamentem był martwy lisek pływający w zbiorniku na wodę kilka metrów od naszego namiotu. W każdym razie cieszyliśmy się, że mamy ładne miejsce na nocleg i nie musimy obawiać się w nocy wizyty czeskiej policji.

      drugi nocleg

       "cieszyliśmy się, że mamy ładne miejsce na nocleg i nie musimy obawiać się w nocy wizyty czeskiej policji"

       

      A teraz mamy burzę i Stan poszedł spiąć rowery, mamrocząc coś pod nosem o mojej bezużyteczności...

       w namiocie

       tak się pisze tego bloga

       

      czytaj też:

      Karkonosze na rowerze cz.1

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3

      Karkonosze na rowerze cz. 4 - ostatnia. Szklarska Poręba, powrót.

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 lipca 2012 10:27
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Karkonosze na rowerze cz.1

      O wyprawie rowerowej po Karkonoszach myślałem już od dawna. Głównie dlatego, że nigdy tam nie byłem – przynajmniej świadomie. Poza tym fascynowała mnie sama odległość od Warszawy – ponad 450 km. To prawie jak pół tysiąca! Nawet ustaliłem dwa lata temu trasę wycieczki. Zależało mi na tym żeby większość czasu spędzić za granicą – wiadomo: ładne dziewczyny, tanie i smaczne piwo, śmieszny język południowych sąsiadów.I trasa tak leżała i czekała. Aż do zeszłej soboty.


      Pokaż Dookoła Karkonoszy na większej mapie

      Ze Stanem umówiłem się na Dworcu Wschodnim o 21.30, czyli 45 minut przed odjazdem pociągu TLK Karkonosze. Stan zapakowany w dwie oldskulowe cordurowe sakwy rowerowe Crosso, ja bardziej modernistycznie – Crosso Dry, netbook, bateria słoneczna, gps. Modernistycznie też wyglądał sam dworzec odnowiony w  przypływie euro-pasji i piłko-euforii. Tylko za konsoletą biletową to samo co 20 lat temu:

      - To ile, proszę Pani, czasu wcześniej musielibyśmy zamówić tą tanią kuszetkę?
      - No.. 3 godziny przed odjazdem.
      - To co teraz mamy zrobić?
      - Wypiszę panom oświadczenie, z którym pójdziecie do kierownika pociągu i on wam przydzieli miejsca leżące.
      - …ok, proszę tutaj jest karta kredytowa.
      - …ok, proszę tam jest bankomat. Pan powinien na początku powiedzieć, że będzie kartą płacić.

      "Masz dziesięć godzin, proszę

      Jedź z rowerem w Karkonosze!”

      Jeśli z Warszawy do Jeleniej Góry jest 450 km, to w dziesięć godzin wychodzi 45 km/h... Trochę tylko szybciej niż rowerem. Po prostu TLK nie jedzie bezpośrednio do Jeleniej Góry tylko najpierw do Katowic, a później odbija na zachód w kierunku Dolnego Śląska. To wydłuża trasę o dodatkowe 100 km. Co i tak nie tłumaczy niskiej prędkości przejazdu.


      Pokaż Trasa TLK Karkonosze na większej mapie

      Na peronie najpierw skierowaliśmy się do przedziału rowerowego. W przedziale rowerowym PKP umieszczone są specjalne haki, na których wiesza się rowery za przednie koło. I tak sobie wiszą przez całą drogę. Jednak nie wszystkim  podoba się to rozwiązanie:

      - Nie wieszajcie, jajka się porobią, jajka będą. Ja wam to mówię, dużo jeździłem z rowerem w PKP. Wiecej rowerów sie zmiesci jak będa stały, niż wisiały. A poza tym jajka z kół mieć będziecie - stwierdził jeden z współpasażerów, rowerzystów, po czym spojrzał na  nasze rowery i sprostował :

      - Aaa, takich kół to nie szkoda.

      I tak już na samym początku zyskaliśmy szlagierowy tekst:  "bo jajka się zrobią".

      Stan spał ja nie

      "Stan spał, ja nie"

      Kuszetkę dostaliśmy z rąk kierownika pociągu Kuszetkowego. A kuszetka w 2-giej klasie PKP to nic innego jak zwykły przedział podzielony w wysokości na równe trzy czêsci. I na nic próby aby usiąść na swoim łóżku - głowy w żaden sposób nie idzie wyprostować.  Pozostaje się położyć, albo stać w przejsciu.  

      W naszym przedziale był komplet. Ludzie kulturalni. Niekulturalne było tylko zacięte okno, przez które panowała straszna duchota.  

      w kuszetceakurat...


      Dzień I (1 lipiec 2012) – Jelenia Góra – Horni Mała Upa (33 km) 

      Po dziesięciu w połowie przespanych godzinach jazdy (Stan spał, ja nie) wysiedliśmy w Jeleniej Górze.

      Było przed godziną 10.00. Najpierw śniadanie na Starym Mieście jeleniogórskim, okupione wydatkiem nie tylko na artykuły spożywcze z pobliskiego marketu, ale również złotówką pożyczki udzieloną miejscowemu żulowi, który "wiedział jak jest".

      buła pizzerka maślanka

      luxusowe śniadanie na Jeleniogórskiej starówce

      I w drogę. Po drodze czekał nas festiwal pałacyków czyli przejazd Doliną Pałaców. Pierwszy był pałac w Łomnicy , gdzie Stan dokonał makabrycznego odkrycia (korpus ludzki w krzakach). Kilkaset metrów później ujrzeliśmy kolejny, dużo bardziej okazały Pałac w Wojanowie. Pozwiedzaliśmy, pogapiliśmy się na fontannę, wypiliśmy dwie kawy (30 zł) i pojechaliśmy dalej. Trzeci Pałac znajdował sie również w Wojanowie, na skarpie rzeki Bóbr.  W XX wieku pałac wielokrotnie zmieniał właścicieli: SA (bojówki NSDAP), Armia Czerwona, ośrodek dla uchodźców politycznych z Grecji, dom poprawczy, ośrodek kolonijny, PGR, SKR, Inspektorat OC z Jeleniej Góry. Od lat 60. nieużywany popadł w ruinę, którą teraz łata jakiś prywatny własciciel. Pod Pałac w Karpnikach trafiliśmy trochę z przypadku. W wiosce Karpniki z okna kamienicy wychylił się miejscowy żul i zachęcił do obejrzenia pałacu. Przejechaliśmy przez otwartą bramę długiej kamienicy i naszym oczom ukazał się piękny zamek otoczony fosą.

      w łomnicy pałac
      "dokonał makabrycznego odkrycia"

      pałac w Wojanowie, fontanna

      "pozwiedzaliśmy, pogapiliśmy się na fontannę, wypiliśmy dwie kawy"

      W Kowarach zjedliśmy obiad (dwa zestawy obiadowe: zupa + drugie danie – 16 zł), lody i uzupełniliśmy zapas wody.


      bajking przy pracy

      w Kowarach

      lody gofry kowary

      "w Kowarach zjedliśmy obiad, lody i uzupełniliśmy zapas wody"

      Według mapy  był to nasz ostatni odcinek lajtowej jazdy. Zaczynały sie góry. Początkowo droga łagodnie prowadziła pod górę do granic miasteczka. Stanowi bardzo podobały się Kowary, zwrócił też uwagę, że nie ma w nich nowych domów. Zatrzymaliśmy się przy starym moście kolejowym, wdrapaliśmy się na górę i zrobiliśmy kilka fotek suburbii miasteczka. Sam most przypominał nieco wiadukt w Stańczykach. Został zbudowany w latach 1903 – 1905 i był jednym z wielu obiektów inżynieryjnych linii kolejowej łączącej Kowary z Jelenią (oraz Kamienną) Górą. Obecnie ta linia jest już nieużywana, ale most nadal pozostaje atrakcją.

      "nie ma w nich nowych domów"


      na wiadukcie kolejowym w Kowarach

       

      widok z góry

      wiadukt kolejowy kowary

       

      I to był koniec przyjemnej i miłej jazdy. Przy kowarskich sztolniach wjechalismy w boczną drogę, której nachylenie przekraczało nasze możliwości.

      jak pchać?

       

      To był pierwszy z wielu razy tego wyjazdu kiedy musieliśmy pchać rowery. Po drodze natkneliśmy się na bukowego Boga. Spytaliśmy „jak pchać, panie Boże? jak pchać?”. Nic nie odpowiedział .

      buk

      "spotkaliśmy bukowego boga"

      Granicę czeską przejechaliśmy około 18.30. Za kilka godzin zaczynał się mecz finałowy Euro 2012. Ulice przygranicznej Hornej Malej Upy były zupełnie puste. Wyglądało to troche jak amerykańskie miasto widmo. Tylko, że w tym przypadku wyludnienie było efektem najważniejszej piłkarskiej imprezy roku, a nie katastrofy naturalnej czy wojny.  Przemknęliśmy niezauważeni przez miasteczko krzycząc w niebogłosy: „ Dajcie nam trawy Czesi! Chcemy trawy!” (trawa była jedną z naszych motywacji do wyjazdu).

      Na koniec dnia pozostaly dwie kwestie: gdzie spać i gdzie obejrzeć mecz. Spojrzalem na mapę i zaproponowalem rejon naszego obozowania. Później Stan trochę wybrzydzał, ale w końcu doszliśmy do konsensusu i rozbiliśmy się w gęstym iglastym lesie. Zasłoniliśmy nasz namiot od niezbyt uszczęszczanej leśnej drogi gałęziami i upadłymi konarami drzew.  Sprawa meczu rozwiązała się tak, że nie chciało mi się nigdzie jechać aby go obejrzeć. Postanowiliśmy wiec wysłuchać relacji w radio. Zimoch był niemożliwy do złapania kilka kilometrów od polskiej granicy, więc musieliśmy się męczyć z czeskim komentatorem.

      "Spaniele"

      Rozumieliśmy tylko trzy słowa : „Italia”, „Spaniele” i „gol”. Daliśmy sobie spokój po pierwszym golu dla Spanielów. Wynik wydawał się przesądzony, więc zasnęliśmy.

       

       

      czytaj też:

       

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2

      Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3

      Karkonosze na rowerze cz. 4 - ostatnia. Szklarska Poręba, powrót.

       

      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Karkonosze na rowerze cz.1”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 11:16
  • niedziela, 24 czerwca 2012
    • Dolina Dolnego Bugu na rowerze

      Wczoraj razem z Dietologiem wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. W zamyśle miała to być eksploracja doliny dolnego Bugu jednak ze względu na nasze preferencje drogowe (asfalt) Bug zobaczyliśmy dopiero tuż przed zakończeniem jazdy. 

       


      Bilet KM relacji Warszawa Wileńska - Łochów kosztuje 11,73 zł (osoba). Rower jeździ Koleją Mazowiecką za darmo. W trakcie jazdy jest dość czasu na przejrzenie trasy wycieczki, drobne naprawy roweru, ponudzeniu się na facebooku. Do Łochowa docieramy po godzinie - 54 km od Warszawy.

       

       

       


      W Łochowie naniosłem trasę z mapy na GPS-a, podłączyłem ładowarkę słoneczną do telefonu i ... wio! Pomimo blisko 30stopniowego upału jazdę zakłócał jedynie nieznośny dźwięk dochodzący z mojego lewego pedału - niezwłocznie do wymiany. 


      Wybierajac sie na rower należy pamiętać o dokładnym nasmarowaniu się kremem z filtrem przeciwsłonecznym. Szczególną uwagę należy zwrócić na łydki, których to oparzenia słoneczne są bardzo dokuczliwe.


      Pogoda jak drut, asfalt taki, że hey, dziewczyna też hey czego chcieć więcej. Jakieś 2 kilometry za Łochowem wjeżdżamy na teren Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego  Tamteż natrafiamy na szlak rowerowy. 

       


      Nadbużański szlak rowerowy - trasa rowerowa przebiegająca doliną rzeki Bug o długości ok 420 km. Szlak rozpoczyna się w Hrubieszowie, a kończy w Wyszkowie. Przebiega przez kilka Parków Krajobrazowych doliny Bugu: Strzelecki, Chełmski, Sobiborski, Podlaski i Nadbużański. 

       

       

       

       

       

       

       


      Tuż przed Sadownem zatrzymujemy się na posiłek i wyregulowanie dawki insuliny. Dodatkowo fotografuje drzewo (pomnik przyrody), podziwiam architekturę przystanku PKS (z okienkiem), a Dietologa zachwyca rozkład jazdy (wykaligrafowany dawno temu, wykorektorowany niedawno)

        

      W Sadownem przekraczamy ruchliwą drogę krajową nr 50, rzucamy okiem w kościół (ciekawostka: w latach wojennych zamieniony na obóz jeniecki) i jedziemy dalej. Droga pogarsza się, ale i ruch maleje. Podziwiamy łąki i krowy szukające cienia. W Prostyniu przejazdem zerkamy na sanktuarium

       

      W związku z brakiem atrakcji w postaci Bugu w zasięgu wzroku postanawiamy obejrzeć teren byłego nazistowskiego obozu pracy Treblinka. KL Treblinka znajduje się nieopodal miejscowości Poniatowa przy nieistniejącej już linii kolejowej Siedlce - Ostrołęka. Obóz powstał w 1941 roku przy odkrywkowej kopalni żwiru. Obecnie po obozie pozostały jedynie nieliczne ślady - rampa kolejowa, fundamenty baraków. Gdyby nie monumentalny pomnik ku czci ofiar wydawałoby się że jesteśmy w zwykłym lesie...

          

      Na teren obozu można wjeżdżać rowerami. Wstęp kosztuje 4,50 zł.

      Do Małkini docieramy po poniemieckiej drodze z płyt betonowych wybudowanej przez więźniów obozu. Podkład pod drogę zrobiony został z nagrobków cmentarza żydowskiego, a potoczna nazwa drogi to "Żydowską Autostrada" - ponieważ pędzono nią grupy więźniów do Treblinki. Jazda nią jest dosłownie wstrząsająca ...

      Tuż przed nowym mostem na Bugu droga z płyt zmienia się w nowiutki asfalt. Pojawia się również chodnik i ścieżka rowerowa "dauna", która niestety równie nieoczekiwanie kończy się tuż przed centrum Małkini. Na stacji kolejowej fotografuje rowerowy Park & Ride i kupuje bilety KM (ok 16 zł/osoba). Stan licznika - około 53 km. Kilka minut później zapakowani do pociągu wracamy do Warszawy.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 czerwca 2012 13:47
  • piątek, 15 czerwca 2012
    • Rowerem od Narwi do Bugu 4. Cel - dal.

      Dzień wstał gorący i bezchmurny. Szosa do Mielnika równa jak stół. We wsi (która ma miejską historię i zabudowę) wchodzimy na Górę Zamkową, z której rozpościera się widok na Bug, dwa boiska do piłki nożnej (MKS Mielnik). MKS to Miejski Klub Sportowy, co oznacza, że Mielnik nie zagubił swojej miejskości.

      sosna mielnik

      sosna - symboliczna brama do Mielnika, fot.: tadora

      Ze wzgórza widać także wschodnie rubieże Województwa Mazowieckiego po drugiej stronie rzeki oraz Podlaski Przełom Bugu
      Ale dość tych widoków. Jedźmy dalej, przecież czeka Grabarka! Kierujemy się na Radziwiłłówkę (podoba mi się to podwójne "Ł"), stamtąd prowadzi nas - niezaznaczona ani na mojej mapie, ani na googlemaps - nowa szosa wprost pod bramy monasteru.

      Jesteśmy u celu.
      Ponieważ o mojej wyprawie do Grabarki już pisałem dokładnie rok temu , uzupełnię tylko że tym razem miałem długie (i nierozdarte) spodnie, więc udało mi się wejść do cerkwi, poza tym święta woda - ta z zeszłego roku - chyba trochę zadziałała, bo na Grabarkę dotarłem po pierwsze nie sam, po drugie w znacznie lepszym stanie psychicznym i emocjonalnym.

      grabarka krzyż

      krzyż w Grabarce, fot.: tadora


      Nie czułem że to już ostatni dzień. Było tak przyjemnie i ciepło, że skupiałem się na tym. Zresztą - pozostało jeszcze dobre kilkadziesiąt kilometrów do Siedlec. Po drodze jeden z moich ulubionych mostów kolejowych - na Bugu na lini Siedlce-Siemianówka, letniska (Maćkowicze, Bużka), kąpiel w Bugu, pizza w Korczewie (w przeciwieństwie do Drohiczyna, w tej wsi były obok siebie trzy działające knajpy, w odległości nie większej niż 500 m (cena piwa: 3,50 duże, 2,50 małe). No i różne atrakcje, widoki, komary, deszcz który nas złapał, oraz jazda na czas na przedostatni pociąg do Warszawy.


      drzewo

      jeden ze spowszedniałych widoków, fot.: tadora

      droga Radziwiłłówka - Grabarka

      w drodze na Grabarkę, fot.: tadora

      pawilon handlowy Mężenin kolonia sklep

      modernizm prowincji - pawilon handlowy w Mężeninie

      czołg zabawka

      zabawka dla chłopców - czołg na placu zabaw, Hołubla

      Dziwna rzecz, jak inne można mieć odczucia przed i po wyjeździe. Przed - obawy i strachy. Po - nasycenie słońcem i przyrodą.
      Dziwna rzecz, w jaki sposób rzeczy, które z miejskiego punktu widzenia wydają się niedostępne i obce, naraz przemieniają się w oczywistości - spanie na trawie, chodzenie boso, kąpiel w rzece (już nie dodam że nago), mycie się na łonie przyrody. Nawet przemoknięcie nie było takie straszne.
      Dziwna rzecz, jak jazda rowerem staje się oczywista. Oczywiste, że wsiadamy na rower, i że będziemy jechać cały dzień. O tym się już nie myśli. Mniej więcej pod koniec dnia ciało jedzie samo, niezależnie od głowy. To jest jak trans, jak oszołomienie.
      Co do strachów- chłop z widłami nie przyszedł, przyszedł chłop bez wideł, widzieliśmy jeszcze babę z grabiami, no i chłopa z kosą. Zresztą w którymś momencie - dla przewalczenia lęku, sam zostałem chłopem z widłami.

      ja (z prawej) i Edward Widłoręki (z lewej)

      Dawno już nic mnie tak nie odświeżyło jak ten wyjazd.
      Ahoj!

      bug plaża brok

      Bug i plaża w Broku, fot.: tadora

      czytaj też:

      Część 1: teoretyczne nudziarstwo

      Część 2. - Przecieraki, piachy i asfalt

      Część 3. - Scenki z życia rowerzystów

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rowerem od Narwi do Bugu 4. Cel - dal.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      piątek, 15 czerwca 2012 13:16
  • czwartek, 14 czerwca 2012
    • Rowerem od Narwi do Bugu 3. Scenki z życia rowerzystów.

      Dzień 3: 101 km

      Scenka 1

      Rytele Święckie. Przystajemy przy sklepie spożywczo - przemysłowym. Najpierw zwiedzamy go (ile tu różności i drobiazgów), kupujemy drugie śniadanie. siadamy na schodkach. Spokojnie jemy drożdżówki, popijając kefirem. Nasze rowery są jednymi z wielu parkujących przed tym lokalnym centrum tow.-kult. Miejscowi mężczyźni kursują ze sklepu za winkiel, w miejsce zacienione. Niosą ze sobą małe, mocne piwka, takie w pękatych butelkach 0.33. Wszyscy już zawiani (a jest 9-ta rano), dyskutują nad sprawami świata i mikroświata.
      Nagle przylatuje kobieta, w wieku nieokreślonym (może 35 a może 47 lat), z daleka krzyczy:
      - gospodarzu!!! Taki z ciebie gospodarz? Krowa się cieli!
      - (on coś bełkocze)
      - Krowa się cieli, słyszysz? Wracaj do domu ale już!!
      - (blebleble)
      - Zwierzę się zamęczy!!!
      - (bulbulbul)
      A koledzy od piwka cicho siedzą.
      - Słyszysz, na policję cię podam jak się zwierzę zamęczy! Nie będziesz miał po co wracać do domu!
      - hyps! (czka)
      - Dam cię na policję, zobaczysz, zadzwonię, ech!
      I rozżalona prawie biegiem wraca w swoim kierunku.

      Nie wiem nawet jak wygląda gospodarz. Razem z kolegami stoi za winklem. Koledzy jakoś nieśmiało próbują wyśmiać rozżalenie jego żony ale słychać, że jej wejście zaburzyło pijacki spokój i rozważania. W powietrzu zawisło dużo emocji, rozpaczy tej kobiety, ale i jakiejś jej siły, która wie że może nic więcej nie oczekiwać od męża ale czego jak czego - cielenia się krowy powinien dopilnować.

      Jeszcze raz wchodzimy do sklepu, robimy zakupy na drogę, odjeżdżamy. Po drodze widzimy, że gospodarz jednak zdecydował się wrócić. W dresie, chwiejnym krokiem - nawet nie wiadomo czy zły -  idzie. Wygląda dość młodo, ubrany w dopasowany dres, koszulkę sportową, prezentuje się całkiem nieźle. Jedziemy dalej, przez płot widzimy otwartą oborę, w niej przy wejściu tamtą kobietę oraz dwoje dzieci, już może kilkunastoletnich.
      Jedziemy dalej.

      krowa

       

      Scenka 2

      - Którędy na Perlejewo?
      - Gdzie?
      - Perlejewo, tam potem na Drohiczyn
      - Na Drohiczyn to główną trzeba!
      - Ale my nie chcemy główną, chcemy jechać bocznymi, przez Perlejewo!
      - Aa, PerJELEWO! To tutaj, o, będzie rozjazd, za kilometr, rozjazdem w prawo. Na Perjelewo, no pewnie.
      - Dziękuję!

      I zastanawiam się czy nie mam przypadkiem pomyłki w atlasie z tym Perlejewem-Perjelewem, ten gość był tak przekonujący, dopiero jeden i drugi drogowskaz upewnia mnie o różnicach w nazewnictwie pisanym i mówionym. Tak było w Ciechanowcu. Zaczęło się Podlaskie.

      bociany w gnieździe pod przewodami elektrycznymi

      fot.: tadora


      Scenka 3

      Drohiczyn. Mokrzy i głodni, przewiani i zmęczeni dojeżdżamy do miasta, które w mojej pamięci zapisało się jako malownicze i przyjazne. Jedyne co mnie jeszcze pcha, co pozwala naciskać na pedały, to perspektywa ciepłego posiłku, herbaty. Jestem pewien, że to już za chwilę.
      Stara Baśń, ta restauracja nad Bugiem reklamuje się kuchnią staropolską i regionalną. Czyli w sam raz na przemoknięcie: tłusto i dużo, i ciepłe. Niestety, okazuje się, że trwa festiwal Słowian, Bałtów i Wikingów i sam bilet na teren karczmy kosztuje 30 zł. Nie mówiąc, że potem trzeba jeszcze coś zamówić. Hm, może nie jest to jedyna restauracja. Wjeżdżamy na rynek, pytamy miejscowych - JEST! Zamkowa, niedaleko, może 300 metrów. Właśnie stamtąd wracają i polecają zaguby czyli lokalne naleśniki z farszem ziemniaczanym. Jedziemy, w brzuchach burczy, już-już czuję że będzie się można przebrać w suche, chwilę zalec i odpocząć. Wystrój nowoczesny, lustra, białe kanapy, ciemnobrązowe proste meble. Podchodzę do baru (T. w tym czasie suszy się w łazience) i zamawiam jedzenie.
      - Niestety nie możemy przyjąć zamówienia.
      - Ale jak to?
      - Zamykamy kuchnię.
      - Ale proszę mi coś ugotować, jechałem rowerem, przemokłem, jesteście jedyną otwartą restauracją.
      - Przykro mi, przyjęliśmy ostatnie zamówienie pół godziny temu. Jest wesele w górnej sali, za chwilę zaczniemy wydawać potrawy, nie możemy obsłużyć, takie jest polecenie szefa.
      - Ale...
      - Nie.
      Jestem naprawdę wkurzony, chodzę w kółko i mam ochotę rozwalić tą Zamkową. Je..ne wesele. Co mnie to obchodzi! Mnie się chce jeść. Jestem zły. T. wraca z łazienki, trochę mi wstyd że nie umiem zorganizować posiłku. Mówię jej o całej sytuacji. Trzeba szukać dalej albo iść do biedry (jeden z dwóch czynnych sklepów, bo jest sobota wieczór) i zjeść coś na zimno. W akcie zemsty wynosimy z Zamkowej papier toaletowy.
      Rozpytujemy, czy jest jeszcze może jakaś restauracja. Tak. Pensjonat Irena. Może tam coś dadzą. Jedziemy. Do trzech razy sztuka.
      W Irenie okazuje się że... też jest przyjęcie. Kuchnia wprawdzie pracuje ale tylko na potrzeby przyjęcia. Błagam kelnerkę żeby coś nam sprzedała bo zaraz padniemy. Myśli przez chwilę - dobrze, ale nie możecie państwo usiąść tutaj, goście przyjęcia się na to nie zgadzają. Mogę sprzedać coś na wynos. A herbata? Nie, herbaty nie sprzedam. Tylko na wynos. Jestem zły. Ale nie ma innego wyboru, brać co jest! A są zaguby z surówką z czerwonej kapusty. Bierzemy. Pod pensjonatem jest drewniana altanka, tam przysiadamy, wreszcie można coś zjeść, choć złe emocje nie pozwalają cieszyć się posiłkiem.
      Odjeżdżamy z Drohiczyna zniesmaczeni. Ulicami snują się długowłosi Bałtowie i przepasani Słowianie. Ze złości mam ochotę się na to miasto wybałtać, (przepraszam: zbełtać), tej niegościnności która nas tu spotkała nie da się wysłowianić (przepraszam: wysłowić).

      Scenka 4

      Za Siemiatyczami, w Osłowie, czekał na nas przyjazny dom. I herbata, i coś ciepłego z grilla. I Grabarka już w pobliżu. Zielona noc, ostatnia na wyjeździe. Niech to zdjęcie mówi samo za siebie.

      chata osłowo dom drewniany

      fot. tadora

       

      czytaj też:

      Część 4. - Cel-dal

      Część 1: teoretyczne nudziarstwo

      Część 2. - Przecieraki, piachy i asfalt


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Rowerem od Narwi do Bugu 3. Scenki z życia rowerzystów.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 czerwca 2012 11:02
  • środa, 13 czerwca 2012
    • Rowerem od Narwi do Bugu. Część 2. - przecieraki, piachy i asfalt.

       

      DZIEŃ 1: 58 km

       

      klacz polski koń zimnokrwisty trawa nad narwią

      nadnarwiańskie koniki: klacz ze źrebakiem

      Fajnie się jeździ po tym Mazowszu. Poznajesz swój kraj, swoją małą ojczyznę, wybierasz mało uczęszczane drogi, sam sobie jesteś żeglarzem i sterem. Po drodze widzisz wolno pasące się konie, które przyjaźnie podchodzą by się przywitać, w barze Żaczek w Pułtusku widzisz potrawę, której nigdy nie jadłeś, takie przecieraki na przykład. Czyli kluski ziemniaczane posypane białym serem, okraszone skwarkami. Bardzo smaczne!

      Z Pułtuska kierujemy się na północ, wzdłuż Narwi. Widoki sa naprawdę wspaniałe, słońce przyjemnie grzeje, lasy pachną, ptaki śpiewają. Jest szlak rowerowy (czerwony, Narwiański), jest szlak pieszy, zielony. Same nazwy kuszą i po prostu są piękne: Ponikiew, Sadykierz, Bartodzieje...

      My kierujemy się na Pawłówek i Szygówek. Da się jechać ale asfalt kończy się dość szybko i zaczynają piachy (gorsze) lub łąki (do jazdy lepsze). Wiem już dlaczego na okładce mapy jest zdjęcie koni - rzeczywiście puszczone samopas pogodnie jedzą nadnarwiańską trawę. Jest ich tak dużo, że ten niezwykły w sumie widok po jakimś czasie powszednieje.

      Pierwszy dzień w ogóle jest powolny i spokojny. Wyjęci z miasta, lekko odurzeni i oszołomieni przyrodą chłoniemy wszystko i wszystko nam się podoba. Nie ma bodźców mniej ważnych. Chciałoby się usłyszeć, powąchać, zobaczyć cały świat, który ze znanego, miejskiego przeistacza się w zupełnie inny, zielony, przeszyty słońcem krajobraz, wcale nie mniej ciekawy. Głaszczemy konie, wylegujemy się nad brzegiem Narwi, pierwszy raz moczymy nogi w rzece (wyjmujemy czarne od mułu). Chodzimy boso, czyścimy i suszymy nogi w trawie. Jest ciepło, czas się jakby rozciąga. Jest dobrze. Zapominam o wcześniejszych obawach. Spowolniony czas pozwala na sycenie się ciepłem i zielonością. Rower nurza się w zieleni i jak łódka brodzi... chciałoby się sparafrazować wieszcza (tylko ta jedna sylaba za dużo!).


      narew łąka krowa zachód słońca

      nadnarwiańskie łąki, fot.: tadora

      Zbliża się wieczór i trzeba szukać noclegu. Wypadnie wcześniej, niż zakładałem, ale za to nad rzeką. Szukam najbardziej ustronnego miejsca, jednak takiego, by dało się tam dojść i rozbić namiot. No i żeby nie przyszedł chłop z widłami. Znajdujemy optymalne miejsce, rozkładam namiot, myjemy się w rzece, jemy kolację i kładziemy się spać.

      DZIEŃ 2: 65 km

      Pół do czwartej jest już widno. I hałas. To ptaki tak śpiewają, ćwierkają, gwiżdżą, że tylko z trudem udaje się nam zasnąć jeszcze na parę godzin.
      Plan na dziś: jednego dnia umyć się w Narwi i Bugu. Wykonalne.

      nasze obozowisko nad narwią

      zbieramy się bo przyszedł chłop, foto: tadora

       

      Ale rano pojawiają się krowy. Z krowami - chłopi: młody (syn) i starszy (ojciec). Mówią że to nie ich pole, tylko sąsiada i dobrze że on tu nie przychodzi, bo człowiek to niedogodny, wygoniłby nas. Poznani chłopi przyprowadzają kolejne krowy (krowy niczego sobie, jedna nawet szara). Rozmawiają z nami niby serdecznie, a potem wracają do wsi. Po jakimś kwadransie przychodzi ów właściciel pola. Faktycznie człowiek niedogodny, oskarża nas o wygniecenie trawy, na czym rzekomo stracą krowy (których tam nie wypasa). Mówię mu że już się zbieramy i sprzątnęliśmy wszystko po sobie. Odjeżdżamy z lekkim niesmakiem, w piachy. Nie wiem jak rozmawiać z chłopstwem, nie umiem łagodzić konfliktów (choć tym razem się udało).

      Hasło na dziś: "szosa jest wspaniała!". Jazda z sakwami przez polne drogi nie należy do najbardziej relaksujących. Trzeba trzymać się albo wyjeżdżonej koleiny albo skraju drogi, albo też wręcz jechać poza drogą, "'poboczem " z trawy. W przeciwnym razie można się zakopać, tylne koło znosi, wywrotka gotowa. Pod tym względem drogi leśne są o wiele lepsze - może i błotniste ale przynajmniej w miarę twarde.
      Kierujemy się więc przez pola ku twardemu asfaltowi, bo człowiek najlepiej docenia oczywistości gdy mu się je na jakiś czas odbierze.
      Jedziemy przez Sokołowo Włościańskie, Lubiel, do Długosiodła, starej wsi  (w pobliżu której prof. Samsonowicz nago kąpał się w Narwi). Wieś naprawdę ładna, koło kościoła miły skansen, przy którym rośnie jeden z wielu najstarszych na Mazowszu dębów "Bartków", ach - nie, przepraszam, ten nazywa się "Jan" i posadzono go w 1481.

      Z Długosiodła wjeżdżamy wprost w Puszczę Białą , przez las wiedzie tzw. Kopana Droga, cała z kocich łbów (i łebków). Wrażeń nie będę tu opisywał bo są nieco psychodeliczne - zwłaszcza niejakie Dziewicze Góry (polecam!!).

      kopana droga i dziewicze góry

       kopana droga i dziewicze góry

      w tej puszczy dużo było dziwacznych rzeczy, nawet oznaczenie szlaków

      w tej puszczy dużo było dziwacznych rzeczy, nawet oznaczenie szlaków

      Dojeżdżamy do szosy białostockiej, przecinamy ją i skrótem kierujemy się do Broku (z błądzeniem po lesie). Tam w strefie kibica jemy obiad, kręcimy się trochę nad Bugiem, jedziemy szukać następnego noclegu. Jedziemy po południowej stronie rzeki, w radiu słuchamy transmisji z meczu Polska-Grecja. Komentarz Tomasza Zimocha dodaje nam emocji i T. tak przyspiesza, że nie mogę za nią nadążyć! Jedziemy ze 26km/h co nie jest naszym normalnym tempem. Wreszcie mecz się kończy, docieramy pod Małkinię i rozbijamy się nad samą rzeką. Tutaj nocleg już spokojny, palimy ognisko, kąpiemy się w Bugu (plan zrealizowany). Chodzę boso, kąpię się nago, tymczasowo jestem hipisem.

       

      ognisko nad Bugiem

      ognisko nad Bugiem, fot.: tadora

       

      Część 3. - Scenki z życia rowerzystów 

      Część 4. - Cel-dal

      Część 1: teoretyczne nudziarstwo


    • Rowerem od Narwi do Bugu. Część I - teoretyczne nudziarstwo.

      Uzasadnienia i obawy

      Zakwasy dają jeszcze znać o sobie, a bąble po ugryzieniach meszek nie zeszły. Zatem dobry to czas, by napisać relację z wyprawy. A jest o czym pisać. Zresztą najchętniej poprzestałbym na "nie ma co pisać, to trzeba przeżyć, to trzeba zobaczyć" ale jako że nie ma nic nudniejszego niż pisanie o pisaniu/niepisaniu, to zacznę od początku.

       

      Przed wyjazdem dopadały mnie różne strachy:

      - że dawno nie jeździłem na dłuższe, kilkudniowe wycieczki
      - że nie pamiętam już kiedy ostatnio rozbijałem się na dziko i nie wiedziałem gdzie będę spał
      - że pogoda będzie zła (przed wyjazdem padało, wiało i było zimno)
      - że muszę wymyślić i zaplanować całą trasę, czuwać nad wszystkim, zorganizować dodatkowe sakwy, namiot, narzędzia, łatki etc. i jeszcze zadbać nie tylko o siebie
      - że nie dojadę i skompromituję się
      Jednak największą moja to, że:
      - przyjdzie chłop z widłami pod nasz namiot, rzuci wiązanką mazowieckich przekleństw i wieczorem lub w środku nocy każe się zabierać "bo to jego pole"

       

      Uff. Aż mi się zrobiło nieprzyjemnie po tej wyliczance. Generalnie postanowiłem jednak, że jedziemy - cóż, najwyżej wrócimy. Bo zawsze na wyjeździe okazuje się, że jakoś jest, a przeważnie nawet lepiej, niż można się było spodziewać (zwłaszcza jak ktoś miewa wątpliwości, to może się przyjemnie rozczarować).
      Dodatkowe sakwy i namiot pożyczyłem od bajkinga, z T. umówiłem się na Dworcu Zachodnim, peronie 8 (jeszcze niedawno, do 31 maja - Warszawa Wola).

      W ostatniej chwili udało się zamienić dwie pożyczone prawe sakwy na prawą i lewą - bajking nago zrzucał mi je z balkonu. Z dwiema prawymi nie daje się jechać !



      warszawa wola warszawa zachodnia




      Trasa i założenia

      Zaplanowałem mniej więcej taką trasę:

      Nasielsk - Pułtusk - Narew - Długosiodło - nocleg w Puszczy Białej - Brok - Ciechanowiec (nocleg pod Ciechanowcem, nad rz. Nurzec) - Drohiczyn - Grabarka (nocleg gdzieś nad Bugiem) - zwiedzanie Grabarki, powrót pociągiem do Warszawy ze stacji Sycze (może ze zwiedzaniem Siedlec przy przesiadce)

      Podzieliłem dystans (na mapie i googlach ok 210 km) na trzy równe części, zostawiając czwarty dzień na ogarnięcie się i powrót. Jednak droga (i życie) zweryfikowały moje założenia, i trasa wyglądała następująco:

      Nasielsk - Pułtusk - Narew (nocleg nad Narwią) - Długosiodło - Puszcza Biała - Brok - nocleg nad Bugiem pod Małkinią - Ciechanowiec - Drohiczyn - Osłowo Kolonia (mieliśmy możliwość noclegu u znajomej T.) - Mielnik - Grabarka - Korczew - Siedlce.

      

      Pokaż Nasielsk - Pułtusk - Zambski Kościelne - Długosiodło - Brok - Ciechanowiec - Drohiczyn - Grabarka - Siedlce na większej mapie

       

      Czyli właściwie podobnie, z tym że z przesunięciem noclegów + dodatkowym czwartym dniem na rowerze.
      Dzięki temu zamiast 210 km wyszło nam około 310 kilometrów. Nie uwzględniłem też nawierzchni (po piachach jedzie się zdecydowanie wolniej lub trzeba nawet prowadzić rower) oraz dynamiki jazdy (co dzień mogliśmy przejechać coraz więcej).

       

      Nawigacja, mapy, atlas:

      Jestem staroświecki i nie używam GPS-a, wolę mapy i rozpytywanie się o drogę na miejscu. Zakupiłem mapę "Puszcze Biała i Kamieniecka" 1:60 000, zastanawiałem się nad kupnem dodatkowo map 1:100000 WzKart. ale odpuściłem i zamiast tego rozbindowałem atlas samochodowy 1:250000 i wziąłem z sobą kilka odnośnych kartek, co uważam za pomysł świetny, zupełnie wystarczający na przejazd rowerem skądś dokądś, jeśli nie chce się zwiedzać okolicy drzewo po drzewie, pomnik po pomniku. Oczywiście warto mieć dokładną mapę ale niestety nie zawsze da się kupić taką, która obejmie pożądaną trasę, więc jako alternatywa dla "setki" WzKart polecam jakikolwiek atlas samochodowy (skala 1:200000 - 1:250000, najlepiej z zaznaczonymi odległościami w kilometrach) na spirali, z możliwością wyjęcia i włożenia kartek (całego nie opłaca się wieźć bo ciężki). Skala 1:250000 oznacza że 1cm na tej mapie to 2,5 kilometra w rzeczywistości. Całkiem dokładnie. Przed wyjazdem warto też rozejrzeć się w googlemaps (albo zumi), w zdjęciach satelitarnych, bo czasem są jakieś skróty niezaznaczone na mapie. Albo pytać okolicznych mieszkańców.

      tak to mniej więcej wyglądało:

      mapa atlas puszcze biała i kamieniecka demart

      a tak wyglądało pytanie o drogę:

      sepia rower pytanie o drogę narew bug kramkowo lipskie

      foto: tadora

      Sprzęt:

      - mój rower: miejsko-trekkingowy na dość cienkich uniwersalnych oponach 28", stalowa rama, siedem biegów w piaście, bez licznika, lampki mactronic na gumkę
      - rower T.: damka Giant, bez błotników, bez fajerwerków, szerokie opony 26"
      - sakwy crosso dry bag 60 l., crosso chyba 45 l (nie wiem co to za model) ich wodoodporność się przydała
      - karimaty, śpiwory
      - namiot hi-tec twin 2, ciasny ale ciepły

      ogólnie to nie jestem sprzęciarzem, do roweru mam podejście - powiedzmy - bluesowe, i uważam że można jechać na byle czym, byle działał, sprzęt da się pożyczyć, a jechać (dokądkolwiek) zawsze warto

       

      Część 2. - Przecieraki, piachy i asfalt

      Część 3. - Scenki z życia rowerzystów

      Część 4. - Cel-dal


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rowerem od Narwi do Bugu. Część I - teoretyczne nudziarstwo.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      środa, 13 czerwca 2012 10:49
  • piątek, 01 czerwca 2012
    • Rowerzyści beskidzcy

      beskid niski okolice olchowiec ropianka

      Oj piękny mamy ten Beskid, piękny. Beskid - albo Beskidy. Wszystkie są piękne ale moim ulubionym jest Beskid Niski. Głównie dlatego, że jest... niski. I dziki. Naprawdę dziki wschód. A w Beskidzie... rozzłocony buk.
      I rowerzyści.
      Osobiście - jak pisałem nieraz - nie przepadam za jeżdżeniem po górach. Gór wolę dotykać nogami, bez pośrednictwa kół. Będzie to więc krótka impresja o napotkanych rowerzystach, pisana tym razem nie z siodełka lecz z perspektywy pieszej.

      Beskid Niski dobrze nadaje się do turystyki rowerowej. Rzeźba terenu nie jest aż tak pofałdowana, by miała sprawiać trudności. Szlaki częściowo poprowadzone są szosami - co ważne mało uczęszczanymi. Na przykład droga z Tylawy do Komańczy [897], stanowiąca część Karpackiego Szlaku Rowerowego. Oprócz tego liczne szlaki prowadzące śladami architektury drewnianej czy cerkiewnej, szlako w pobliżu uzdrowisk: Rymanowa-Zdroju i Iwonicza-Zdroju (gdzie można się pokrzepić mineralnymi wodami o malowniczych nazwach TYTUS, CELESTYNA albo KAROL 2), zresztą woda mineralna "Celestynka" jest lokalnym produktem, wytwarzanym w wielu smakach i kolorach.
      Generalnie - warto zaopatrzyć się w mapę i próbować znajdować swoje miejsca w Beskidzie.
      Pierwszych rowerzystów spotkałem na rzeczonej szosie koło Tylawy, następnych - w samej Tylawie, w zajeździe w którym schroniliśmy się przed gradem. Mieli "bazę" w Mszanie, z której w parzyste dni wyjeżdżali na wędrówki rowerowe, a w nieparzyste - piesze. Po bliższym poznaniu okazało się, że są z... Warszawy.
      Z Tylawy do Olchowca prowadzi przepiękny szlak doliną starej łemkowskiej wsi. Widoki zapierają dech w piersiach, a w powietrzu niemal wyczuwa się łemkowskie duchy. Tamtędy też przebiega szlak pieszy (żółty). Spotkałem tam kilkoro rowerzystów, niestety ze względu na teren podmokły po deszczu, rowery musieli większą część trasy prowadzić.



      Atrakcją Beskidu/ów są bazy namiotowe i chatki studenckie, w których nocleg jest albo tani (około 8zł) albo darmowy, tylko trzeba go odpracować (rąbanie drewna, czerpanie wody ze studni, bieżące naprawy). Atmosfera w chatkach jest niezapomniana, gitarą, piórem i nocne rozmowy wśród przyjaznych ludzi.

      W jednej z takich chatek (Ropianka) poznałem niejakiego Robaka z Krakowa, rowerzystę krakowskiego, górskiego, nizinnego a wtedy - beskidzkiego. Uwieczniłem jego rower na zdjęciu. Ropiankę warto odwiedzić ze względu na bliskość źródeł ropy naftowej - można poprosić "chatkowego" o oprowadzenie, można też podpalić wydobywający się ze zaworu specjalnie zabezpieczonej rury metan i... ugotować sobie na nim obiad.

      rower Robaka

      Generalnie polecam Beskid wszystkim wolnym duchom, tym którzy lubią się pomęczyć i lubią lekki średniociężki trekking/przełaj. A w ogóle to nie nie mówcie nikomu o Beskidzie, niech to zostanie naszą tajemnicą - dzielę się nią tylko z Wami, czytelnicy. Niech Beskid pozostanie dziki i cichy.
      A może ktoś z Was już tam był z rowerem?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rowerzyści beskidzcy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      piątek, 01 czerwca 2012 00:00
  • czwartek, 03 maja 2012
    • Odchudzanie na rowerze

      Bajking też poczuł wiosnę. Postanowił, że schudnie 10 kg. Co tu dużo mówić, przez zimę jego mięsień piwny nabrał pełniejszych kształtów. Na moje oko 10 kg to przesada, wystarczyło by ze sześć, ale niech mu będzie…  Daję mu na to 3 miesiące (aptekarskie 90 dni).

      Bajking Bajking mierzy 196 cm wzrostu i obecnie waży ok. 102 kg. Jego BMI wynosi coś ponad 26 kg/m2,  czyli świadczyłoby to o lekkiej nadwadze, ale ja jestem przeciwna stosowaniu tego wskaźnika u dużych facetów. Patrząc na Bajkinga chyba nikt nie powie, że ma nadwagę. No chyba, że wieczorem, po kilku piwach, zapomni wciągnąć brzuch :P Wg wzoru Harrisa i Benedicta oraz po uwzględnieniu umiarkowanie aktywnego trybu życia, jego zapotrzebowanie energetyczne wynosi 3833 kcal/24 h. Jak dla mnie, to te normy trochę zawyżają… dajmy mu 3600 kcal/24 h. To i tak dużo. Ale jeśli w pracy (siedzenie przed komputerem) na obiad zjada się pizzę, w międzyczasie wypija od pół do jednego litra coca-coli z cukrem, a wieczorem, po kolacji i tuż przed snem wciąga 2 tabliczki czekolady i wiaderko piwa, to nie jest to wcale trudne do realizacji oraz przekroczenia "normy".

      Bajking zrobił już pierwszy krok w stronę odchudzania: jak na Bajkinga przystało zaczął jeździć do pracy na swoim nowym rowerze. Przyjmując, że jedzie z prędkością 20 km/h i zajmuje mu to około 40 minut, może spalić nawet 500 kcal w jedną stronę.

      Aby stracić na wadze 10 kg w ciągu 90 dni, Bajking musi mieć każdego dnia ujemny bilans energetyczny wynoszący ok. 788 kcal. Czyli, na dobrą sprawę, wcale z diety nie musimy mu nic odejmować, wystarczy, że będzie po prostu jeździł codziennie i się nie przejadał. Sprawa wydaje się prosta. Ale co to znaczy nie przejadać się? Z perspektywy mikrego zapotrzebowania niewielkiej kobiety (1800 – 1900 kcal), bajkingowe 3600 wydaje się abstrakcją. A taka abstrakcja szacunkowo wygląda następująco:

      Śniadanie:

      5 kromek chleba żytniego razowego posmarowanych umiarkowanie margaryną o zawartości 60% tłuszczu, na to cienkie plastry szynki wiejskiej i sera żółtego (szynki tyle, by zakryć pieczywo, sera nieco mniej). Do tego dowolna ilość surowych warzyw, choćby ogórka. Kawa z odrobiną mleka, bez cukru.

      II śniadanie:

      Bułka grahamka (taka „prawdziwa”, 90-gramowa) i serek wiejski 3% tłuszczu (opakowanie 150 g). Do tego jakieś rzodkiewki. 200 ml soku pomarańczowego na deser.

      Obiad (podobno Bajking nie ma możliwości zjedzenia „normalnego” obiadu, ale jakoś mu nie bardzo wierzę):

      Zupa pomidorowa z makaronem, kotlet mielony (1 duży lub dwa małe), porcja surówki z białej kapusty i porcja ziemniaków (ulubiona potrawa Bajkinga).

      Podwieczorek:

      Drożdżówka z jabłkiem i kefir „Robico” (również ulubiony).

      Kolacja (przyjmijmy, że jego wspaniała dziewczyna nie miała czasu, ochoty lub pieniędzy na zrobienie czegoś bardziej zdrowego):

      Pierogi ruskie (z mrożonki – 450 g) okraszone cebulką podsmażoną na oleju rzepakowym.

      Tyle…  Aż tyle ;)

      Ale jak na Bajkinga możliwości pochłaniania wszystkiego, co słodkie, to się trudno dziwić, że ma ochotę się odchudzać ;)

      Bajking jednak musi przyjąć do wiadomości, że jak schudnie te 10 kg (;)), to jego zapotrzebowanie energetyczne spadnie o jakieś 350 kcal/24 h. Czyli o jednego cheeseburgera dziennie mniej niż zwykle :P Czy mu się to opłaca?

      Mam nadzieję, że będziecie mu kibicować :)

      Autor: Bajkingowy Osobisty Dietolog

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Odchudzanie na rowerze”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      alicja_86
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 maja 2012 23:08
  • poniedziałek, 30 kwietnia 2012
  • środa, 18 kwietnia 2012
  • czwartek, 12 kwietnia 2012
    • Kraków - Niepołomice. Rowerem!

      Zaległy, obiecany wpis, jeszcze z zeszłego sezonu.

      Bo to jest tak.
      Że są wakacje. I jednego dnia oglądasz sobie na Krakowskim Przedmieściu taniec hula  i zajadasz kręcone lody włoskie, ubrany z miejska, w jakąś powiedzmy marynarkę czy białą koszulę i letnie jasne spodnie, a następnego dnia, mniej niż dobę - powiedzmy jakieś 15 godzin mkniesz już na wschód, z Krakowa do Niepołomic, z sakwami, przedzierzgnięty w rowerzystę wycieczkowca.

      Przed chwilą wysiadłeś z zadziwiająco pustego pociągu, który mimo że starego typu (EN-57), jechał z Warszawy tak szybko, że aż musiał zatrzymać się w Tunelu  na jakieś dwadzieścia minut, akurat na dwa kolejarskie papierosy, żeby przypadkiem nie przyjechać do Krakowa za wcześnie.


      Jedziesz więc do Niepołomic i niepołomickiej puszczy, boć tam króle polowali, gdy chcieli się wyrwać na powietrze z dusznego Wawelu, boć Tury tam stąpały dostojnym, ciężkim krokiem, którego echo po dziś dzień się tam niesie. Do puszczy, w której prasłowiańskie drzewa chroniły w swych konarach plebejskiego uciekiniera. Bo jesteś przecież Słowianinem. Z ziemi, z tej ziemi.

      Jesteś Słowianinem i chcesz zobaczyć pradawny Rezerwat Gibiel, odwzorowujący to, jak drzewiej wyglądał pralas, który był przecież światem, las którym porosłe było wszystko, zanim człowiek zaczął urządzać świat rolniczo.

      Ale ale. Nie od razu Kraków zbudowano. Nie od razu do Niepołomic dojechano.
      Jadę na wschód, Niziną Nadwiślańską, i myślę - coś mi się tu za dobrze jedzie. Za płasko. To przecież południe, Małopolska, niedaleko Jura. Sam Kraków przecież ma kilka wzgórków a tutaj równo jak nie przymierzając na Mazowszu. Nawet mapa "Okolice Krakowa" przedstawia jakieś skały oraz czerwone niebo (tego akurat nie oczekiwałem).

      okolice krakowa mapa expressmap

      Ale jest równo. Równo i nisko. Dla mnie to akurat dobrze, bo ja lubię gdy równo (), męczę się na górkach i podjazdach.
      Postanowiłem jechać wzdłuż Wisły, wstępując wcześniej na kawę do przyjaciółki na Bieżanowie. A zatem ulicami Bieżanowską - Półtanki (warto by się wybrać oddzielnie na eksplorację bocznic prokocimskich) - Rączną - Łutnią. Tam zatrzymałem się na krótki odpoczynek w zakolu Wisły, niedaleko stopnia wodnego "Przewóz", skąd mogłem obserwować dość dobrze widoczne na drugim brzegu kominy Nowej Huty.


      nowa huta stopień wisła niepołomice stopień wodny przewóz

       

      Odpocząłem, zrobiłem kilka zdjęć, podjąłem nieudaną próbę zrobienia skrótu przez krzaki, wróciłem do drogi i przez Brzegi i Podgrabie (wyglądające zupełnie jak podotwocka Nadbrzeż) oraz specjalną Niepołomicką Strefę Inwestycyjną dotarłem do Niepołomic.

      widok dziedzińca zamkowego z bramy

      zamek w niepołomicach widok z bramy

      na szczęście jest stojak rowerowy (niestety sakwy bałem się zostawić), stojak postawiono, bo...

      niepołomice zamek królewski

      ...rowerom wstęp wzbroniony. Ale wybaczamy dyrekcji tę niedogodność, jako że jest to chyba najładniejszy, rzeźbiony (chyba mający przywoływać skojarzenia z czasami królewskimi) znak zakazu wjazdu dla rowerów

      rowerom wstęp wzbroniony

      ...zresztą nie tylko rowerów.

      rzeźbiony zakaz

      W Niepołomicach pożywiłem się pizzą, zwiedziłem Zamek Królewski (taką letnią wilegiaturę monarszą), ruszyłem ku Puszczy tzw. Drogą Królewską. W Zabierzowie Bocheńskim - Sołtysich miało być kąpielisko (tak wynikało z mapy), ale NIE BYŁO. Wróciłem więc do Puszczy.

      Puszcza Niepołomicka to raj dla rowerzystów i rolkarzy. Siatka prostopadłych dróg (kilka wyasfaltowanych o bardzo gładkiej nawierzchni), dobre oznakowanie szlaków, kilka rezerwatów, niesamowite walory przyrodnicze. Puszcza niestety nie jest pierwotna - była taką aż do rozbiorów. Sama nazwa odnosi się do "niepołomów", czyli terenów niedostępnych, trudnych do wycinki i zagospodarowania. Ale do czasu. Większość drzew wycięli austriaccy zaborcy na rozkaz swego Kaisera. Zostały resztki - to co teraz jest rezerwatami - w tym najbardziej zbliżony do stanu pierwotnego Rez. Gibiel. Dotarłem tam i czując pierwotny zew, od razu wlazłem na dorodny Grab (ostatnio łażę po drzewach dzięki tej kobiecie). Zakazu nie było.

      Rower zaś zaparkowałem wśród paproci a sam udałem się na przechadzkę.

      rezerwat gibiel puszcza niepołomicka

      Kępy długowłosych traw, ścieżynki wśród grądu, zwalone drzewa i chyba łatwo tam spotkać jakiegoś Wiedźmina czy inne Elfy.
      Naprzeciwko rezerwatu znajduje się ostoja żubra, niestety miejsce ogrodzone i niedostępne dla turystów. Pokluczyłem trochę po zielonych terenach, spotykając zarówno miejscowych, jak i rolkarzy czy rowerzystów, przejechałem kawałek szlakiem zielonym (w pobliżu rezerwatu paproci). Z puszczy wyjechałem w Stanisławicach.


      Powrót do Krakowa miałem taki że hoho! Słońce miało się już ku zachodowi. Nie chciałem wracać tą samą drogą. Wybrałem drogę równoległą, zahaczającą o Wieliczkę. Wydawało mi się, że przejazd zajmie mi nie więcej niż dojazd do Niepołomic. Byłem w grubym błędzie. Odległość może i podobna, częściowo szlakiem rowerowym, ale zaczęły się górki/dołki. A taki krajobraz bardzo mnie męczy i spowalnia gdy jadę na rowerze. I nie chodzi nawet o to, że mam tylko siedem biegów Nexusa. Po prostu mam pewną wadę, która uniemożliwia efektwny wysiłek statyczny (dała się ona we znaki potem, gdy jeździłem po Lasku Wolskim w Krakowie).

      Ruszyłem przez Kłaj, Bodzanów, omijając centrum Wieliczki (nie ma to jak jazda drogą krajową nr 4), z powrotem do Krakowa. Było coraz ciemniej i  coraz mniej przyjemnie. Ale słuchałem Dwójki i byłem szczęśliwy, bo spełniłem swoje marzenie:  pojechać z rowerem do Krakowa i zobaczyć Puszczę Niepołomicką. Następnych kilka dni jeździłem po Krakowie i jego zachodnich okolicach, lecz  o tym może w następnej gawędzie. O, a na koniec jeszcze mapka: 

       


      Pokaż Kraków - Niepołomice - Wieliczka - Kraków na większej mapie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kraków - Niepołomice. Rowerem!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2012 18:31
  • sobota, 24 marca 2012
    • Otwarcie Mostu Północnego - rowerowa relacja Stana.

      Nie wiadomo zupełnie jak się ubrać w taką pogodę. Marcową. To już tydzień temu było bardziej wiadomo. Ciut cieplej. A tak to - ubierzesz się grubo, to się zgrzejesz. Cienko się ubierzesz - przeziębienie gotowe. Ubrałem się raczej grubo (sakwę na bagażnik, żeby w razie czego mieć gdzie włożyć to, z czego się rozbiorę).
      Ubrawszy się grubo wsiadłem na rower i podjechałem do niedalekiego bajkinga. Ten już czekał na mnie pod blokiem.


      Blokersi rowery blog

       

      Ruszyliśmy dalej - ahoj Moście Północny, moście Kurii, jedziemy cię zainaugurować! Za mojej pamięci otwierano Świętokrzyski i Siekierkowski, ale ponieważ unikam tłumów, nie chodziłem na żadne otwarcia. Tym razem postanowiłem się wybrać, w dodatku w miłej kompanii bajkinga.
      Zupełnie inaczej jeździ się w towarzystwie. O wiele ciekawiej niż samemu. Tydzień temu jeździłem sam i owszem - miałem tę radość z rozpoczęcia sezonu ale to jednak nie to samo.
      Jedziemy więc. Jak przystało na blogerów rowerowych - ja nie nasmarowałem łańcucha po zimie, w ogóle nic nie nasmarowałem (serwisowanie ograniczyłem do napompowania kół) a bajking z zardzewiałym łańcuchem - od trzymania roweru na balkonie.
      Jedziemy z Gocławia/Saskiej Kępy na północ. Najpierw ścieżką brzegową, po prawej stronie Wisły oczywiście. Z nosów cieknie - bo jak jest zimno to cieknie i leci. Siąkamy więc i jedziemy, i rozmawiamy. Przy Gdańskim zatrzymujemy się na wydmuchanie nosów.
      Poniżej: dmuchanie nosa w wykonaniu bajkinga

      bajking dmucha nos

       

      I widzimy komin podziemnego miasta, które rzekomo znajduje się w okolicach ZOO (Waldemar Łysiak podobno tam był, tak się chwali).
      Następnie dalej na północ, do Mostu Grota, po prawej mijając pozostałości po ogródkach działkowych. Z daleka już majaczył Most Północny. Z lewej mijamy EC Żerań, potem Mc Donaldsa (nie doniosę na bajkinga, że się tam stołował), parę ulic białołęcko-tarchomińskich i jest.
      On!
      Marii Kurii most. Spiął z brzegiem drugi brzeg. Hej, młody junaku. Etc.

       

      Wygląda trochę jak brat Mostu Grota. Bez szału. Tak samo bez chodników. Ścieżka rowerowa w budowie. A na moście ludzi tłumy. Przejeżdżamy tryumfalnie, po drodze robiąc pamiątkowe zdjęcie.

      my na moście

      Podziwiając ładne rowerzystki i elektryczny model latający z przyczepioną kamerą.

      Ładne rowerzystki i widok w stronę Tarchomina

       

      No i jesteśmy po drugiej stronie. Jeszcze rajd wiaduktami i trasą - dojeżdżamy do Pętli Młociny.
      A potem to już z górki - jeszcze bar Hami po drodze, popas na bulwarze przy Koperniku (dopiero tam pierwszy raz się rozebrałem z bluzy). Rozmowy i filmy, i wracamy. Na Pragie.
      Sezon otwarty!


      A jak chcecie relację bajkinga to go poproście, ciekawe czy fakty będą się zgadzać. Może wyjdzie z tego drugi Rashomon?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Otwarcie Mostu Północnego - rowerowa relacja Stana.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2012 22:10
  • niedziela, 12 lutego 2012
    • Scieżka pod mostami

      W zeszły weekend rozpocząłem testowanie Cube'a. Wybrałem się na przejażdżkę jedną z moich ulubionych tras rowerowych w Warszawie - Szlakiem Golędzinowskim. Ścieżka położona jest na prawym brzegu Wisły i ciągnie się od okolic basenów kąpielowych WOW Wisla (o ktorych pisalem juz wczesniej), aż do Mostu Grota-Roweckiego. Polecam ten teren - ładnie przygotowana i ogrodzona ścieżka, widok na lewobrzeżną Warszawę, dzikość miejsca. Uwaga - w trakcie jazdy trzeba uważać na pieszych.

      

      Cube spisywał się dobrze. Przerzutki zmieniają się bez żadnych problemów, opony nadają się do jazdy po śniegu i lodzie. Mankament to wyraźnie zwiększone wyczuwanie wstrząsów na nierównościach. Wynika to zapewne z aluminiowej ramy roweru, do której muszę się przyzwyczaić - ramy stalowe na których dotychczas jeździłem mają podobno większy współczynnik "pochłaniania" drgań. Dla mnie zaleta alu to podjazdy, które są o wiele łatwiejsze niż na rowerach klasycznych, na których wcześniej jeździłem.

      Zgodnie ze swoją filozofią zakleiłem czarną taśmą nazwę roweru - niech nikogo nie kusi. Kupiłem też U-lock Kryptonite, więc uznaję rower wystarczająco zabezpieczony przed kradzieżą jak na swoją wartość. 

      Cube

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Scieżka pod mostami”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2012 14:36
  • piątek, 27 stycznia 2012
    • Nie sCUB siE czyli jak kupilem rower

      Przygotowywałem sie długo do tego wyzwania. Przeglądałem aukcje internetowe, zaglądałem od czasu do czasu do sklepów rowerowych, a przede wszystkim przeliczałem, liczyłem, szacowałem, kalkulowałem. Moj paradygmat brzmiał - nie warto kupować drogiego roweru: bo mogą ukraść, zniszczy sie i straci szybko wartość, na drogim rowerze jeździ sie w sumie tak samo jak na tanim etc. Maksymalnie moj nowy rower miał kosztować 1000 zł.

      I tak szukałem, googlowalem i znów szukałem. I nic. Bo wcale nie chciałem roweru z supermarketu (ani marketu sportowego) za kilkaset złotych - bo jakość marna i nie ma rozmiarów dla mnie. Wszystkie aukcje używek przegrywałem, bo oferowałem za malo - uważałem ze nie warto kupować bajka używanego za więcej niż 650 zł. W końcu traciłem chęć na nowy rower. Kiedy przychodziła znowu, scenariusz powtarzał sie od początku.

      I w końcu znalazłem. Rower crossowy - no name - stał w hurtowni Wheeler Polska w Majdanie kolo Starej Miłosny. To było to! Dostępna duża aluminiowa rama (sprzedawca obiecał, że wymiana trwa 30 minut), niewielka waga (wg specyfikacji znalezionej w internecie około 13 kg), no i przede wszystkim cena - okrągłe 999 zł. Z tym, że nie miałem przy sobie takiej kwoty. Chwilowo wiec odpuściłem i mając w pamięci mój rower czekałem na właściwy moment. Czyli kolejna wizytę w Majdanie.

      Głód roweru dopadł mnie tuż po Nowym Roku. Chociaż wiedziałem juz, co chce kupić wciąż szperałem w Internecie szukając okazji. Zajrzałem nawet bez większych nadziei do SKI-teamu, jednak wszystko, co tam stało było znacznie droższe niż mój paradygmat. W końcu nadszedł ten dzień – 27 stycznia 2012. Miałem wolna kasę, wyskubałem kilka godzin wolnego czasu i pojechałem w ponad godzinna wyprawę autobusową do Wheelera. Na miejscu okazało sie, że, co prawda rower jest, ale na magazynie nie ma odpowiedniej dla mnie ramy. Byłem zawiedziony.

      Było zimno (-10st). To był moment krytyczny – byłem nakręcony, miałem pieniądze, a mojego wypatrzonego no name’a - nie było. Na dodatek autobus 720 nie przyjeżdżał i marzłem na mrozie. Podjąłem szybką i w moim odczuciu nieco szalono-pochopną decyzje. Jade do SKI-teamu.
      I tak 27 stycznia na ulicy 17 stycznia o godzinie 17tej zdobyłem to:




      Cena: 1520 zł


      Czyżbym jednak nie był takim sknerą za jakiego mnie wszyscy maja? Czy to tylko wynik trzaskającego mrozu i niepowodzenia długo planowanej misji? Czy było warto? I w końcu - czy to powrót Waszego ulubionego bloga rowerowego? Okaże sie wkrótce...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie sCUB siE czyli jak kupilem rower”
      Tagi:
      Autor(ka):
      bajking
      Czas publikacji:
      piątek, 27 stycznia 2012 22:11
    • Rower - trochę historii cz. 3 - fizyka roweru

      To już ostatnia część rozważań o rowerze autorstwa Władysława Kopalińskiego. Najbardziej teoretyczna ale siła argumentacji i faktów może przekonać nawet najbardziej zagorzałych przeciwników roweru.
      Tymczasem w oczekiwaniu na wiosnę i plenerowe wyprawy czytamy książki i przygotowujemy kolejne wpisy.

       

      Rower jako akcelerator zmian społecznych

      Zdążył nam już dawno spowszednieć, zapominamy więc łatwo o ważnej roli, jaką odegrał w rozwoju nowoczesnej techniki. Rower, pierwsza masowo produkowana maszyna do transportu osobistego, miała ogromne znaczenie we wczesnym rozwoju samochodu. Prócz własnego bezpośredniego wpływu na społeczeństwo, rower był także pośrednio odpowiedzialny za poważne zmiany społeczne i ekonomiczne. Jeżeli pomyślimy, że koło służy transportowi od przeszło pięciu tysięcy lat, wyda nam się dziwne, że pierwszy rzeczywiście sprawny samopędny wehikuł kołowy zbudowano dopiero w 1884 roku.

      Dlaczego jednak tak pozornie prosty przyrząd jak rower mógł mieć taki wpływ na przyspieszenie rozwoju techniki? Odpowiedź mieści się z pewnością w humanistycznych wartościach maszyny. Jej cel to ułatwienie poruszania się jednostce; cel ten osiąga ona w sposób przewyższający znacznie osiągnięcia ewolucji organicznej.

      Ekonomia jazdy. Piesi i zwierzęta kontra rowerzysta.

      Jeśli porównać energię zużytą na przebycie pewnej odległości jako funkcję wagi ciała u różnych zwierząt i maszyn, okaże się, że zwykły piechur poczyna sobie całkiem nieźle wydatkując tylko około 3/4 kalorii na gram na kilometr. Nie jest on jednak tak sprawny jak koń, losoś albo odrzutowiec. Jednak za pomocą roweru wydatek ludzkiej energii na danym dystansie zmniejsza się o 4/5, do piętnastu setnych kalorii na gram na kilometr. W ten sposób prócz powiększenia swej prędkości ruchu od trzech do czterech razy, rowerzysta osiąga najwyższą miarę sprawności spośród wszystkich poruszających się istot i maszyn.

      Ergonomia poruszania się

      Aby umożliwić tak wspaniałe funkcjonowanie, rower ewoluował tak długo, aż stał się optymalnym przyrządem ergonomicznym. Używa właściwych mięśni (udowych, najsilniejszych w całym ciele) we właściwym ruchu (gładki obrotowy ruch stóp) i właściwym tempie od 60 do 80 obrotów na minutę. Przyrząd taki przekazywać musi energię sprawnie (za pomocą łożysk kulkowych i łańcucha tulejkowego); musi zmniejszać opór koła za pomocą ogumienia pneumatycznego i musi ważyć jak najmniej, aby zmniejszyć wysiłek pedałowania pod górę.

      Tak ogromna przewaga sprawności rowerzysty w porównaniu z piechurem wydaje się polegać głównie na sposobie pracy mięśni. Bo podczas gdy maszyna wykonuje pracę tylko wtedy, kiedy porusza ją jakaś siła, to mięśnie ludzkie wydatkują energię, gdy są w napięciu, nawet nieruchome. Jest to tzw. praca izometryczna. (...) Chodzenie, a nawet samo stanie, pochłaniają energię. Do tego dochodzi wydatek energii przy uderzaniu stopą o ziemię (o czym świadczy zużywanie się podeszew, obcasów i skarpetek) oraz tarcie wywoływane przez machanie rękami i nogami.(...)

      Najwyższa wydajność

      Rowerzysta oszczędza energię przede wszystkim przez postawę siedzącą; ciało jest w spoczynku, z wyjątkiem równomiernie obracających się stóp. Nawet przyspieszenie i hamowanie odbywa się sprawnie, bo pracują tu niemal wyłącznie najsilniejsze mięśnie nóg. Wznoszącej się nogi nie trzeba podnosić, bo załatwia to pchnięcie w dół drugiej nogi. Przy podtrzymywaniu korpusu we właściwej pozycji mięśniom pleców pomagają mięśnie rąk, stąd pewne ich napięcie przy zwykłej pozycji w czasie jazdy.

      Ekologia i dobroczynny wpływ roweru

      Lekkość konstrukcji roweru, osiągana głównie przez koła o drucianych szprychach i ramę z rur stalowych lub ze stopów lekkich, jest ważna nie tylko z powodu wymagań jazdy pod górę, ale też ze względu na umożliwienie noszenia maszyny w ręku. Rower produkuje się kosztem niewielu surowców i źródeł energii, rower nie zanieczyszcza środowiska, ma dodatni wpływ na zdrowie użytkownika, powoduje niewiele wypadków; wszystko to sprawia, że można go uważać za jedną z najdobroczynniejszych maszyn stworzonych przez człowieka.

       

      Cały tekst znajduje się w: Władysław Kopaliński, Opowieści o rzeczach powszednich, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, ss. 108-112.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      stanwewnetrzny
      Czas publikacji:
      piątek, 27 stycznia 2012 11:44
  • środa, 09 listopada 2011
    • Rower - trochę historii cz. 2 - pierwsze wyścigi kolarskie

      Pierwszy był klasyk

      Klasyczny wyścig kolarski współcześnie oznacza zawody rozgrywane jednego dnia, względnie – jednym ciągiem, bez przerw. Epokę drogowych wyścigów kolarskich otworzył w 1891 roku wielki wyścig z Bordeaux do Paryża, w którym pierwsi przybyli do mety trzej Anglicy, rozwijając zdumiewającą średnią szybkość 21 km/godz.

       

      georges pilkington mills

      zwycięzca pierwszego wyścigu George Pilkington Mills potrzebował na pokonanie 600 kilometrów trochę ponad 24 godzin


      1200 kilometrów i ptyś

      Sukces i powszechny entuzjazm był tak wielki, że jeszcze w tym samym roku gazeta "Petit Journal" zorganizowała wyścig niesłychanej wprost długości 1200 km Paryż-Brest-Paryż.

      Charles Terront paris brest

      pierwszym zwycięzcą tego wyścigu był Charles Terront, któremu pokonanie 1200 kilometrów zajęło ponad 71 godzin (spał drugiej nocy), rekord na tej trasie wynosi niecałe 39 godzin i został ustanowiony w 1951 roku

       

      Przez wiele lat dwa te wyścigi rywalizowały ze sobą pod względem obsady, nagród i powodzenia. Zaczęły wtedy również powstawać welodromy, najprzód w Paryżu , a potem i w innych miastach; odbywały się tam wyścigi torowe.

      Choć oba wyścigi przestały się cieszyć popularnością wśród zawodowców i w nowszych czasach ścigają się w nich amatorzy, wywarły ogromny wpływ na popularyzację roweru. Od 1891 roku (do dziś) we francuskich cukierniach można kupić ciastko o nazwie... Paris-Brest. Okrągły wyrób z ciasta ptysiowego przełożonego kremem pralinowym ma symbolizować koło roweru.

       ciastko Paris-Brest

       

      Tour de Lans

      Wreszcie pismo "L'Auto" wpadło na pomysł międzymiastowego wyścigu wieloetapowego, z którego reportaże mogłyby utrzymywać w napięciu publiczność przez długie dni. Idea ta stała się rzeczywistością 1 lipca 1903 roku. Pierwszy Tour de France obejmował 6 etapów: Paryż-Lyon-Marsylia-Tuluza-Bordeaux-Nantes-Paryż. Na 64 uczestników do mety dojechało 18. Pierwszy przybył Francuz Maurice Garin.

      za zwycięstwo w pierwszym Tour de France Garin otrzymał,  w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze, 10.500 Euro dzięki czemu w następnym, 1904 roku mógł sobie pozwolić na zakup m.in. ...biletów kolejowych (udowodniono że na trasie pomagał sobie  podjeżdżając pociągiem) przez co został zdyskwalifikowany i pozbawiony pierwszego miejsca

       

      Trudno było jednak kontrolować kolarzy, którzy, na długich etapach, nie mogli zejść z rowerów po zapadnięciu nocy. Wreszcie w 1905 roku zabroniono całkowicie jazdy nocnej, skrócono etapy, podniesiono ich liczbę do jedenastu i wydłużono trasę. Odtąd ulepszano ten wielki wyścig z roku na rok. Stał się on wzorem wielu innych wyścigów.

       

      (cdn.)

      Cały tekst znajduje się w: Władysław Kopaliński, Opowieści o rzeczach powszednich, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 1998, ss. 108-112.