Blog > Komentarze do wpisu

Karkonosze na rowerze cz.1

O wyprawie rowerowej po Karkonoszach myślałem już od dawna. Głównie dlatego, że nigdy tam nie byłem – przynajmniej świadomie. Poza tym fascynowała mnie sama odległość od Warszawy – ponad 450 km. To prawie jak pół tysiąca! Nawet ustaliłem dwa lata temu trasę wycieczki. Zależało mi na tym żeby większość czasu spędzić za granicą – wiadomo: ładne dziewczyny, tanie i smaczne piwo, śmieszny język południowych sąsiadów.I trasa tak leżała i czekała. Aż do zeszłej soboty.


Pokaż Dookoła Karkonoszy na większej mapie

Ze Stanem umówiłem się na Dworcu Wschodnim o 21.30, czyli 45 minut przed odjazdem pociągu TLK Karkonosze. Stan zapakowany w dwie oldskulowe cordurowe sakwy rowerowe Crosso, ja bardziej modernistycznie – Crosso Dry, netbook, bateria słoneczna, gps. Modernistycznie też wyglądał sam dworzec odnowiony w  przypływie euro-pasji i piłko-euforii. Tylko za konsoletą biletową to samo co 20 lat temu:

- To ile, proszę Pani, czasu wcześniej musielibyśmy zamówić tą tanią kuszetkę?
- No.. 3 godziny przed odjazdem.
- To co teraz mamy zrobić?
- Wypiszę panom oświadczenie, z którym pójdziecie do kierownika pociągu i on wam przydzieli miejsca leżące.
- …ok, proszę tutaj jest karta kredytowa.
- …ok, proszę tam jest bankomat. Pan powinien na początku powiedzieć, że będzie kartą płacić.

"Masz dziesięć godzin, proszę

Jedź z rowerem w Karkonosze!”

Jeśli z Warszawy do Jeleniej Góry jest 450 km, to w dziesięć godzin wychodzi 45 km/h... Trochę tylko szybciej niż rowerem. Po prostu TLK nie jedzie bezpośrednio do Jeleniej Góry tylko najpierw do Katowic, a później odbija na zachód w kierunku Dolnego Śląska. To wydłuża trasę o dodatkowe 100 km. Co i tak nie tłumaczy niskiej prędkości przejazdu.


Pokaż Trasa TLK Karkonosze na większej mapie

Na peronie najpierw skierowaliśmy się do przedziału rowerowego. W przedziale rowerowym PKP umieszczone są specjalne haki, na których wiesza się rowery za przednie koło. I tak sobie wiszą przez całą drogę. Jednak nie wszystkim  podoba się to rozwiązanie:

- Nie wieszajcie, jajka się porobią, jajka będą. Ja wam to mówię, dużo jeździłem z rowerem w PKP. Wiecej rowerów sie zmiesci jak będa stały, niż wisiały. A poza tym jajka z kół mieć będziecie - stwierdził jeden z współpasażerów, rowerzystów, po czym spojrzał na  nasze rowery i sprostował :

- Aaa, takich kół to nie szkoda.

I tak już na samym początku zyskaliśmy szlagierowy tekst:  "bo jajka się zrobią".

Stan spał ja nie

"Stan spał, ja nie"

Kuszetkę dostaliśmy z rąk kierownika pociągu Kuszetkowego. A kuszetka w 2-giej klasie PKP to nic innego jak zwykły przedział podzielony w wysokości na równe trzy czêsci. I na nic próby aby usiąść na swoim łóżku - głowy w żaden sposób nie idzie wyprostować.  Pozostaje się położyć, albo stać w przejsciu.  

W naszym przedziale był komplet. Ludzie kulturalni. Niekulturalne było tylko zacięte okno, przez które panowała straszna duchota.  

w kuszetceakurat...


Dzień I (1 lipiec 2012) – Jelenia Góra – Horni Mała Upa (33 km) 

Po dziesięciu w połowie przespanych godzinach jazdy (Stan spał, ja nie) wysiedliśmy w Jeleniej Górze.

Było przed godziną 10.00. Najpierw śniadanie na Starym Mieście jeleniogórskim, okupione wydatkiem nie tylko na artykuły spożywcze z pobliskiego marketu, ale również złotówką pożyczki udzieloną miejscowemu żulowi, który "wiedział jak jest".

buła pizzerka maślanka

luxusowe śniadanie na Jeleniogórskiej starówce

I w drogę. Po drodze czekał nas festiwal pałacyków czyli przejazd Doliną Pałaców. Pierwszy był pałac w Łomnicy , gdzie Stan dokonał makabrycznego odkrycia (korpus ludzki w krzakach). Kilkaset metrów później ujrzeliśmy kolejny, dużo bardziej okazały Pałac w Wojanowie. Pozwiedzaliśmy, pogapiliśmy się na fontannę, wypiliśmy dwie kawy (30 zł) i pojechaliśmy dalej. Trzeci Pałac znajdował sie również w Wojanowie, na skarpie rzeki Bóbr.  W XX wieku pałac wielokrotnie zmieniał właścicieli: SA (bojówki NSDAP), Armia Czerwona, ośrodek dla uchodźców politycznych z Grecji, dom poprawczy, ośrodek kolonijny, PGR, SKR, Inspektorat OC z Jeleniej Góry. Od lat 60. nieużywany popadł w ruinę, którą teraz łata jakiś prywatny własciciel. Pod Pałac w Karpnikach trafiliśmy trochę z przypadku. W wiosce Karpniki z okna kamienicy wychylił się miejscowy żul i zachęcił do obejrzenia pałacu. Przejechaliśmy przez otwartą bramę długiej kamienicy i naszym oczom ukazał się piękny zamek otoczony fosą.

w łomnicy pałac
"dokonał makabrycznego odkrycia"

pałac w Wojanowie, fontanna

"pozwiedzaliśmy, pogapiliśmy się na fontannę, wypiliśmy dwie kawy"

W Kowarach zjedliśmy obiad (dwa zestawy obiadowe: zupa + drugie danie – 16 zł), lody i uzupełniliśmy zapas wody.


bajking przy pracy

w Kowarach

lody gofry kowary

"w Kowarach zjedliśmy obiad, lody i uzupełniliśmy zapas wody"

Według mapy  był to nasz ostatni odcinek lajtowej jazdy. Zaczynały sie góry. Początkowo droga łagodnie prowadziła pod górę do granic miasteczka. Stanowi bardzo podobały się Kowary, zwrócił też uwagę, że nie ma w nich nowych domów. Zatrzymaliśmy się przy starym moście kolejowym, wdrapaliśmy się na górę i zrobiliśmy kilka fotek suburbii miasteczka. Sam most przypominał nieco wiadukt w Stańczykach. Został zbudowany w latach 1903 – 1905 i był jednym z wielu obiektów inżynieryjnych linii kolejowej łączącej Kowary z Jelenią (oraz Kamienną) Górą. Obecnie ta linia jest już nieużywana, ale most nadal pozostaje atrakcją.

"nie ma w nich nowych domów"


na wiadukcie kolejowym w Kowarach

 

widok z góry

wiadukt kolejowy kowary

 

I to był koniec przyjemnej i miłej jazdy. Przy kowarskich sztolniach wjechalismy w boczną drogę, której nachylenie przekraczało nasze możliwości.

jak pchać?

 

To był pierwszy z wielu razy tego wyjazdu kiedy musieliśmy pchać rowery. Po drodze natkneliśmy się na bukowego Boga. Spytaliśmy „jak pchać, panie Boże? jak pchać?”. Nic nie odpowiedział .

buk

"spotkaliśmy bukowego boga"

Granicę czeską przejechaliśmy około 18.30. Za kilka godzin zaczynał się mecz finałowy Euro 2012. Ulice przygranicznej Hornej Malej Upy były zupełnie puste. Wyglądało to troche jak amerykańskie miasto widmo. Tylko, że w tym przypadku wyludnienie było efektem najważniejszej piłkarskiej imprezy roku, a nie katastrofy naturalnej czy wojny.  Przemknęliśmy niezauważeni przez miasteczko krzycząc w niebogłosy: „ Dajcie nam trawy Czesi! Chcemy trawy!” (trawa była jedną z naszych motywacji do wyjazdu).

Na koniec dnia pozostaly dwie kwestie: gdzie spać i gdzie obejrzeć mecz. Spojrzalem na mapę i zaproponowalem rejon naszego obozowania. Później Stan trochę wybrzydzał, ale w końcu doszliśmy do konsensusu i rozbiliśmy się w gęstym iglastym lesie. Zasłoniliśmy nasz namiot od niezbyt uszczęszczanej leśnej drogi gałęziami i upadłymi konarami drzew.  Sprawa meczu rozwiązała się tak, że nie chciało mi się nigdzie jechać aby go obejrzeć. Postanowiliśmy wiec wysłuchać relacji w radio. Zimoch był niemożliwy do złapania kilka kilometrów od polskiej granicy, więc musieliśmy się męczyć z czeskim komentatorem.

"Spaniele"

Rozumieliśmy tylko trzy słowa : „Italia”, „Spaniele” i „gol”. Daliśmy sobie spokój po pierwszym golu dla Spanielów. Wynik wydawał się przesądzony, więc zasnęliśmy.

 

 

czytaj też:

 

Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 2

Dookoła Karkonoszy na rowerze cz. 3

Karkonosze na rowerze cz. 4 - ostatnia. Szklarska Poręba, powrót.

 





sobota, 07 lipca 2012, stanwewnetrzny

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: monika, *.ptim.net.pl
2012/07/09 16:01:25
witam, czy mogę prosić o maila do autorów bloga, ponieważ nigdzie nie mogę go znaleźć?
Pozdrawiam
piszedomonii@vp.pl
-
2012/07/09 18:03:20
cześć, pisz np. na stanwewnetrzny@gazeta.pl
-
2012/07/12 01:02:55
Nu, jazda kuszetkami na trasie do Wrocłąwia przez Katowice to nie lada atrakcja. Dobrze, że wtedy gdy z Tomim kursowaliśmy do Wałbrzycha - było zimno. No i czasem jedzie cos przez Łódź, ale tylko do Wrocka. A tu jeszcze rowery targaliście, szacun :)
-
2012/07/16 00:16:08
Dobrze że nie krzyczeliście "Szukamy trawy" ;-)
-
2013/03/13 00:15:19
Piękna ta Polska nasza :)) Mam rodzinę w okolicach Kowar :)